Latest Posts

Greccy obywatele nie mają wyboru – żeby dożyć do pierwszego, muszą cofnąć czas. Reportaż z Naxos na Cykladach.

„Ludzie powracają do gospodarstw, które porzucili wiele lat temu. Znów uprawiają ziemniaki, kapustę i owoce. To pozwala im przetrwać gospodarcze załamanie”, opowiada Petros Citouzouris doglądający swoich winnic w wysokich górach na Naxos, największej wyspie Cyklad. Nawet tu dotarła już grecka katastrofa finansowa.
Wskazując na uprawiane od niedawna tarasowe pola, położone nieopodal niegdysiejszego schronienia dla trędowatych w Sifones, Citouzouris mówi, że od kiedy nad Grecję nadciągnął kryzys „bezrobotoni pracownicy budowlani i górnicy, a także emeryci wracają do rodzinnych gospodarstw, które odziedziczyli dziesiątki lat temu. Nigdy wcześniej nie uprawiali tu ziemi”. Jak ocenia Petros, niemal połowa okolicznych farm należy właśnie do takich ludzi. „Nie będą w stanie wyżyć tylko i wyłącznie z rolnictwa, to pewne. Ale to zajęcie pomoże im związać koniec z końcem”, przekonuje.
Turyści? Oczywiście – pojawili się również i w tym roku. Ale cała reszta gospodarki jest w opłakanym stanie. Widać to na każdym kroku również na Naxos. Nad wszystkim tutaj wisi w powietrzu jakaś taka mieszanina z trudem skrywanej nerwowości, otwartej rozpaczy podzielanego powszechnie lęku, że choć już dziś nie jest wesoło, sytuacja jeszcze się pogorszy. I tylko wyspa jest niezmiennie piękna, pełna starożytnych ruin i weneckich wież, bielonych domków i dobrze nawodnionych tarasowych pól przylegających do gór skrywających zielone doliny. Drzewa oliwkowe i żyzna ziemia wciąż przyciągają tu nowych osadników. Tak było tu od pięciu tysięcy lat.

Kryzys uderza powoli, ale metodycznie

Na północy Europy wielu ludzi wierzy w mit, jakoby Grecy urządzali sobie wielkie leżakowanie na koszt zagranicznych banków i unijnych pożyczek. Tutaj na pierwszy rzut oka widać, że w Naxos naprawdę ciężko się pracuje. Wielu spośród mieszkających tu osiemnastu tysięcy ludzi zawsze miało więcej niż jedną pracę. Wszystkie były jednak słabo płatne. Ci, którzy pracowali na budowie, potem dorabiali jako rolnicy. Mieli własne owce, kozy, drzewa oliwkowe i winiarnie. Dodatkowy zarobek pokrywał uniwersytecką edukację ich dzieci.
Teraz jednak jest zupełnie inaczej. W Naxos znaleźć można tłum wykwalifikowanych, młodych ludzi, z których nikt nie ma pracy, nawet najmarniejszej.
„Młodzi żebrzą o zajęcie”, mówi Manoulis Koutelieris, właściciel firmy budowlanej, który zatrudnia dziesięć osób. „Ostatniej nocy odebrałem telefon od kogoś, kto tak bardzo chciał dostać jakąś robotę, że nie mógł przestać płakać”, opowiada i dodaje, że nie wierzy w oficjalne dane mówiące, że bez pracy pozostaje co piąty mieszkaniec wyspy. Uważa, że tak naprawdę bezrobocie wynosi tu 35%.
Kryzys uderza powoli, ale metodycznie. Gdy tylko turyści pakują manatki, nie ma nikogo, kto wydawałby pieniądze w miejscowych sklepach i tawernach.Aspirujący do miana klasy średniej mają prawo czuć frustrację, ale innym bywa jeszcze gorzej. Potężne cięcia, jakie zmuszony był wprowadzić rząd w Atenach, sprawiły, że sytuacja tych, którzy dotąd ledwo zipali, stała się dramatyczna.

„Traktują nas jak śmieci”

Irene Polykretis opowiada, że, odkąd pamięta, ona i jej pracujący jako rybak mąż zawsze byli ubodzy. „Gdy dorastałam, moja rodzina nie mogła sobie nawet pozwolić na kupno aspiryny”, wspomina. Jak dotąd państwo Polykretis jakoś sobie radzili. Mąż Irene, Panagiotis, miał mały kuter, a poza tym dorabiał, sprzątając przystań. Ale całkiem niedawno spotkała ich seria nieszczęść.
Najpierw łódź została uszkodzona przez falę wywołaną przez jakąś motorówkę. Naprawa okazała się zbyt droga. Na domiar złego, to samo zdarzenie stało się też przyczyną urazu ich syna, przez co nie mógł pracować. W chwilę później rząd doszedł do wniosku, że Polykretisowie otrzymywali za duży zasiłek na dziecko. Wstrzymał więc wypłaty do końca roku. Panagiotisa przepełnia dziś gorycz. „Nikt nie chce nam pomóc. Traktują nas jak śmieci”, narzeka.
Wielu mieszkańców wyspy jeszcze sobie radzi, ale złe wieści napływają z zadziwiającą regularnością. Płace w sektorze publicznym spadają. Większość tutejszych ma własne domy, a to oznacza, że wkrótce zapłacą nowy podatek od nieruchomości. „Rząd znalazł tu żyłę złota”, komentuje kwaśno jeden z nich. Nowy podatek ściągany będzie wraz z opłatami za elektryczność. Sugestia jest jasna – nie zapłacisz, odetniemy ci prąd.
Kto jest temu wszystkiemu winien? Według burmistrza Naxos, Dmitrisa Lianosa, za wszystkim stoją banki i ich tanie kredyty rozdawane na prawo i lewo. „To one sprawiły, że Grecy poszaleli. Kredyty były oferowane z każdej możliwej okazji: na święta, na miesiące miodowe… Wszyscy żyliśmy w fałszywym, fantastycznym świecie”, mówi Lianos. Jak na razie banki nie naciskają za bardzo na klientów, by ci spłacali długi. Ale Grecy zadają sobie pytanie: „Co się stanie, gdy w końcu zdecydują się to zrobić?”.

„I tak pójdziemy na dno”

Wszyscy zgadzają się, że po Naxos krąży coraz mniej pieniędzy. Totalną zapaść przeżyła tylko branża budowlana, ale wszystkie inne sektory też ledwo zipią. Wiele umów zawiera się teraz na słowo. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek zamieni się ono w gotówkę. Manoulis Koutelieris mówi, że ma w domu czeki na trzydzieści tysięcy euro, których jak na razie nie udało mu się zrealizować. „I co zrobię? Nie podam przecież wszystkich tych ludzi do sądu”, rozkłada ręce.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bizantyjska biurokracja, która daje się Grekom we znaki na każdym kroku. Yannis Karpontinis, właściciel miejscowych kamieniołomów, wciąż nie może opanować złości, gdy opowiada mi nad szklaneczką rakii, jak wielkie problemy miał z ponownym otwarciem interesu. Kamieniołomy należały do jego rodziny od zawsze, ale przez jakiś czas były podnajmowane. By móc samemu prowadzić interes, Karpontinis musiał składać cały szereg nowych dokumentów.
Jego recepta na kryzys? Oszczędza, robiąc swój własny chleb, oliwę z oliwek, wino, a nawet mydło.
Karpontinis uważa, że Grecji nie da się uratować przed gospodarczą i społeczną katastrofą. „Przez pewien czas klasa średnia zgodzi się płacić większe podatki w obawie, że państwo zbankrutuje, a ludzie stracą swoje depozyty w bankach. Ale rzecz w tym, że i tak pójdziemy na dno. Wtedy ludzie przestaną płacić i będzie po rządzie”, przewiduje.

Źródło: presseurop.eu
http://www.presseurop.eu/pl/content/article/1073891-grecy-wracaja-na-role

W przeszłości przeczytałem wiele książek. Najczęściej dotyczyły one poniższych zagadnień:
- o poprawie motywacji,
- o sukcesie w życiu i biznesie
- o doskonałym wykorzystywaniu czasu
- o właściwym inwestowaniu
- o dokręcaniu sobie śruby
- o zjednywaniu sobie ludzi
- o sukcesie w sprzedaży, zarządzaniu, itp. itd

Moja biblioteczka pełna jest wszelakiej mądrości i to w większości przeczytanej i w jakimś stopniu wprowadzonej w życiu.
Dzisiaj po latach kosztowania tego wszystkiego i stosowania w życiu mam jeden wniosek:

NIE WARTO.

Rozmawiałem ostatnio z moją Żoną i zapytałem w jakim horyzoncie czasowym powinniśmy planować swoje życie. We wszystkich tych mądrych książkach uczą nas byśmy planowali maksymalnie długi okres. To da nam właściwe nastawienie oraz wytworzy w nas głód sukcesu niezbędny do realizacji zwłaszcza co ambitniejszych planów. Myślimy więc o tym, co będziemy robić na emeryturze. Z czego będziemy żyć, gdzie jeździć, z kim się spotykać. A nasze życie po prostu leci. I to bardzo szybko.
Przez ostatni czas myślałem o swoim życiu w kategoriach dzisiaj. Nie jutro,nie za miesiąc, nie za rok a już na pewno nie na emeryturze. Moje życie nabrało większego sensu i większej głębokości. Jednak dzisiaj i ten czaso okres wydaje mi się zbyt długi. Bo niby dlaczego mam się martwić tym co będzie wieczorem albo potem. Wtedy plan staje się moim życiem a nie samo życie.
Od jakiegoś czasu doceniam
TERAZ

Teraz powoduje,że zwracam baczną uwagę na to co się właśnie dzieje. Nie jest tak istotne co będzie później. Oczywiście lepiej by było dobrze, ale dbanie o TERAZ powoduje przyglądanie się temu co robię, w czym właśnie jestem i co mnie interesuje. To przyglądanie się sobie w tym co TERAZ pogłębia świadomość życia i jego piękna. Dzięki temu mogę uchwycić i skupić swoją uwagę na osobach z którymi rozmawiam. Nigdzie nie pędzę, niczego nie oczekuję. Po prostu rozmawiam. To teraz w tej chwili mnie w pełni absorbuje. Nie muszę załatwić wszystkiego naraz. Mogę delektować się z patrzenia. Oglądam trawę i widzę jak rośnie. Przez wiele lat nie zauważałem, że jest już jesień i pytałem a kiedy była wiosna? A kiedy było lato?
Mój Przyjaciel powiedział mi ostatnio, że nie lubi zgiełku na plaży i lubi jak jest mało ludzi. Nie jeździ tam gdzie są tłumy. A ja? Ja, nie byłem w stanie nawet powiedzieć co lubię, co mi odpowiada. Nie potrafiłem bo wszystko to nie było ważne. Ważne były cele i ich realizacja. Ważne było pędzenie w tym Maratonie Sprinterskim.

Świadomość obecnej chwili oraz świadomość siebie w tej chwili powoduje częstszy zapis w naszym mózgu tego co się dzieje. Życie jest o wiele barwniejsze a doświadczenia głębsze. Nie trzeba być w pośpiechu. Nie potrzeba gonić za jutrem zaniedbując TERAZ.  

To co TERAZ jest nasze, a to co z tego weźmiemy będzie tym kim będziemy jutro.

Życie składa się z chwil a o jakości życia zadecyduje to, czy potrafimy czerpać radość i zadowolenie z tego co jest właśnie TERAZ.

Gdy czytasz więc coś interesującego to po prostu czytaj.
Gdy oglądasz coś ciekawego to po prostu oglądaj.
Gdy rozmawiasz, to po prostu rozmawiaj.

Nie łącz tego. Korzystaj z przyjemnością a jeśli oglądasz a musisz porozmawiać, to przestań oglądać. A jeśli załatwiasz jedną rzecz to nie zabieraj się za następną dopóki tej nie zakończysz. Uzyskasz dużo więcej niż robiąc wszystko naraz, niczego nie doświadczając naprawdę.

I zakończę trywialnie:
Bo TERAZ jest dużo więcej warte niż potem
Dzisiaj gościnnie umieszczam ostatni zapis z bloga Michała Maj, którego adres widnieje po prawej stronie.

Michał Maj:
Dzisiejszy wpis nie spodoba się wielu osobom i pewnie zbudzi sporo kontrowersji, ale zawsze miałem ochotę go napisać. Kopie sobie nim pewnego rodzaju grób i zapewne część osób dojdzie do wniosku, że zaprzeczam sam sobie (choć tak nie jest). Niestety, trzeba się z pewnymi rzeczami zmierzyć i myślę, że każdy z nas powinien się zastanowić jaki jest tego wszystkiego sens.


W świecie rozwoju osobistego- naszej małej blogosferze są pewne fale mody na różne tematy. Co pewien czas moda ta zmienia się, a razem z nią podejście i strategia ludzi. Niestety, muszę Was zasmucić. Niewielu z nas osiągnie to co zamierza osiągnąć.

Pierwszy przypływ- prawo przyciągania

 Pierwszym przypływem mody w naszym światku rozwojowym był „Sekret” i prawo przyciągania. Przyznam się szczerze, że na tym temacie sam wpłynąłem w inne zagadnienia i  muszę powiedzieć, że wiara w „prawo przyciągania” bardzo dużo mi dała.

W pewnym momencie obudziłem się jednak i zauważyłem, że tutaj nie ma żadnych magicznych prawideł tylko moje czyny. Po prostu wierzyłem w coś tak mocno, że dostrzegałem ogromne możliwości i wykorzystywałem je. Tutaj nie ma żadnego kosmosu- są nasze działania. Potem temat „Sekretu odszedł na drugi plan i pojawiło się nowe modne zagadnienie- dochód pasywny.

Drugi przypływ- dochód pasywny

 Dochód pasywny pojawił się wraz z „Bogatym, biednym ojcem R. Kiosakiego. Znów uderzę się w pierś- też w to uwierzyłem, a książkę „Bogaty biedny ojciec” mam na półce i wciąż chętnie polecam znajomym. Dlaczego? Bo koncepcja jest piękna. Pracujesz, pracujesz, wyrabiasz sobie pewne pasywa, które potem na Ciebie zarabiają. Przykładem takiego dochodu pasywnego może być mieszkanie, które wynajmujesz, ewentualnie książka napisana i wydana, która przynosi co miesięczne przychody autorowi, bez wkładania regularnej pracy. Oczywiście, bardzo mądre tylko trudne do zrealizowania.

Mimo to, pojawiła się fala specjalistów od dochodu pasywnego, którzy zakładali strony, wkładali, tam adsense i cierpliwie czekali na swoje dochody pasywne. To, że Łukaszowi się udaje, nie znaczy, że uda się każdemu. To nie jest takie proste- trzeba włożyć ogromną pracę.

Wielu ludzi się o tym przekonało rzucając pracę na etacie i zakładając rożnego rodzaju e-biznesy. Moim zdaniem e-biznes to strasznie trudna sztuka i dużo łatwiej zarobić pieniądze w innych branżach. Trzeba mieć ogromną wiedzę oraz doświadczenie, a do tego włożyć kupę wysiłku zanim ten biznes wypali.

Trzeci przypływ- minimalizm


Potem nie wiadomo skąd pojawił się trend minimalizmu. Od razu podkreślam, że ja zgadzam się z całą ideą tej „filozofii”. Nie lubię tego konsumpcjonizmu i otaczania się  niepotrzebnymi przedmiotami. To naprawdę nie idzie w dobrą stronę. Czemu jednak uważam to za kolejną modę? Bo po raz kolejny jak grzyby po deszczu wyrosły nam blogi minimalistów, którzy ograniczyli swoje rzeczy do 100, robili listę swoich przedmiotów w łazience, kuchni itp.

Oczywiście każdy ma prawo do tego i mimo wszystko cenię tych ludzi, że włączają jakieś alternatywne myślenie, ale ja po prostu nie widzę potrzeby wyrzucania ołówka tylko dlatego, że mam dwa. Nie problem dla mnie mieć kilka długopisów, mazaków i innych przyrządów do pisania, bo wiem, że pewnego zimowego wieczoru jeden długopis się zepsuje i będę potrzebował zastępczego.

Jeszcze raz podkreślę- Doceniam minimalizm i rozumiem go jako ograniczenie swojej niepotrzebnej konsumpcji i usunięcie kultu materializmu. Nie pasuje mi po prostu ograniczenie się np. tylko do 100 rzeczy i zabawy w inne wyliczanki. Dziękuje, koniec podkreślenia.

Czwarty przypływ- niezależność i wolność całkowita


Po dochodzie pasywnym przeszła trzecia wielka moda jakim są relokacje, wolność i niezależność. Znów wielkie słowa. Zobaczcie, w każdej rewolucji i wojnie walczy się o wolność. Niezależność- coś magicznego o czym marzy każdy. Myślę, że ludzie zauważyli, że ten dochód pasywny to nie taka prosta sprawa, ale dostrzegli przy tym, że  przecież można inaczej. Wystarczy znaleźć pracę, która pozwala na pracować przez Internet, podróżować, leżeć na plaży, popijać driny z palemką, patrzeć na piękne kobiety w hawajskich spódniczkach (tudzież panie na panów), a od czasu do czasu (najlepiej 4 godziny tygodniowo) doglądać biznesu przez Internet. I znów pojawił się wysyp blogów o niezależności.

Dla mnie jakimś kosmosem są specjaliści z USA, którzy są nie tylko niezależni finansowo i od lokalizacji, ale dodatkowo od państwa! Swoje pieniądze trzymają w różnych bankach, na różnych kontynentach, budują sobie domki w różnych dziwnych miejscach i cieszą się całkowitą wolnością i niezależnością. Pytam tylko po co. Jasne, teorie spiskowe o wielkim rządzie światowym i kontroli wszystkich ludzi są ciekawe, ale ludzie- trzeba jakoś żyć. Z resztą jaka to prawdziwa niezależność? Zabraknie Internetu i niezależność takich osób kończy się. Chcesz być niezależny? Nawet jak będziesz piekł własny chleb, jadł tylko z własnego ogródka i chodził w workach uszytych własnoręcznie to nadal nie będziesz niezależny, bo na tej ziemi żyją inni ludzie. Po prostu musimy jakoś z nimi egzystować. Wiem, że to daleko idące myślenie, ale niestety, nie możemy być w 100% wolni i niezależni.

Według mnie sztuką jest zachować część niezależności dla siebie, a część przekazać otoczeniu i innym ludziom. Życie w harmonii z innymi daje wolność.


Ze skrajności w skrajność


  • Czemu o tym wszystkim piszę? Bo ludzie popadają ze skrajności w skrajność. Pojawia się bum na minimalizm- i wszyscy lecą z pełnymi pudłami na śmietnik. Nie można być fanatykiem i popadać w takie skrajności. Skrajne myślenie i wchodzenie tylko na „jedną właściwą ścieżkę” nie prowadzi do niczego dobrego.

  • Trzeba pracy. Zajebiście dużo pracy. Każda z tych teorii działa i ma sens tylko żeby przynosiła skutki trzeba na to pracować. Nie zrobisz dochodu pasywnego w jeden dzień. Ludzie to robią latami i wkładają ogrom energii, żeby to miało skutki. Wiele osób myśli, że dorobią się, kupią mieszkanie, dadzą pod wynajem i co miesiąc będą zbierali kasiorę leżąc na Kanarach. To tak nie działa i świetnie opisał to Jan Fijor w książce „jak zostałem milionerem”. Wynajmujesz mieszkanie np. studentom, po miesiącu przychodzisz a tu pół kuchni rozwalone, a na ścianie namalowany sprayem penis. Nic nie zrobisz, bo oni wyprowadzą się i remont przeprowadzić będziesz musiał na własny koszt. Oczywiście zaraz ktoś napiszę, że wystarczy dobrze sporządzona umowa, która Cię przed tym zabezpieczy, ale teraz idx z tym do sądu i spróbuj szybko wygrać sprawę. Innym przykładem może być sytuacja, która wiele razy miała miejsce w Polsce i dużo się o tym mówi.  Ttoś wynajmuje mieszkanie rodzinie, a ta nie płacąc czynszu zajmuje je i nic nie zrobisz- nie możesz ich wyrzucić na zbity pysk. Możesz odcinać prąd, gaz, a naślesz łysych panów, to jeszcze siedzieć pójdziesz. Takie prawo. Oczywiście to nie zmienia oczywiście faktu, że mieszkanie lepiej mieć, niż nie posiadać go wcale. Chodzi o to, żeby patrzeć na dwie strony medalu- nie idealistycznie i utopijnie. Nie ma rozwiązania idealnego i każdy wybór wiąże się z pewną odpowiedzialnością i obowiązkami.

  • Spójrz prawdzie w oczy

     Niestety musze to napisać, ale większość z nas- młodych, aktywnych, pełnych wspaniałych idei i planów będzie musiała zapomnieć o swoich celach, planach, marzeniach, wyląduje na etacie i popadnie w standardowe życie. Dlaczego? Bo trzeba cholernie dużo pracy i zaangażowania, aby COŚ się zrealizowało. Myślę, że trzeba być pewnego rodzaju wizjonerem, który tak mocno wierzy w swój cel, że jest w stanie poświęcić bardzo dużo, aby ją zrealizować. Co możesz zrobić?

    Zastanów się nad sobą. Oglądasz, czytasz, chłoniesz- i co z tego? Jakie masz efekty? Ile zyskałeś? Gdzie idziesz, a gdzie jesteś? I najważniejsze- Ile włożyłeś prawdziwej pracy, aby ta twoja wizja naprawdę się skrystalizowała? Łącząc te wszystkie koncepcje niektórzy próbują stworzyć dochód pasywny pracując nad tym 4 godziny w tygodniu marząc o podróżach i relaksie. Najpierw trzeba na to zapracować.

    Żeby nie było tutaj dyskusji-  życie jest piękne i mamy ogromne możliwości. Każdy z nas może niemalże wszystko, jesteśmy po to, żeby robić wielkie rzeczy. Żeby jednak do tego dochodziło nie wystarczy czytać i pozytywnie myśleć- trzeba jeszcze działać. Jak mówił jeden polityk w naszym kraju- Czyny, nie słowa. Wielkie sukcesy stojąprzed każdym z nas, ale często brakuje pracy i samozaparcia. Pamiętaj o tym.

    Zbliżam się do końca. W przypływie weny upisałem się jak głupi, a są filozofowie mądrzejsi ode mnie, którzy wszystko, to co wyżej zostało napisane zmieścili w dwóch prostych wyrazach. Radze obejrzeć i przypominać sobie codziennie.
    Jeśli ktoś dokonał rozważań przed bitwą a potem wygrał, znać, że rozważał długo. Jeśli ktoś dokonał rozważań przed bitwa a potem przegrał, znać, że rozważał krótko. Długie rozważania oznaczają wygrana, krótkie rozważania to przegrana. A do czego może doprowadzić brak rozważań w ogóle?
    Oto skąd wiem, kto wygra; wiem, kto przegra. - Sun Tzu

    Sun Tzu jako człowiek nie tylko teorii ale i wielki praktyk, zauważył rzecz trywialną ale i niezwykle głęboką. W każdej sprawie potrzebny jest czas na rozważania. Nie możemy pozwolić sobie na ciągłą walkę. Musimy bezwzględnie wygospodarować czas na rozmyślania. Jeśli nie cierpimy ciszy, wtedy nie dajemy sobie szansy na potrzebne przemyślenia ważnych spraw. Nieustannie grające radio w samochodzie i każdym miejscu gdzie się znajdujemy zabija możliwość zagłębienia się w sobie i zastanowienia nad ważnymi sprawami.
    Nieustanne przelatywanie pilotem po programach uniemożliwia wejrzeniu wgłąb spraw, które czekają na rozważenie. Często wymówką jest dla nas zmęczenie. Tak jakby bezczynne oglądanie telewizji dawało nam odpoczynek. Budzenie się w środku nocy w otoczeniu migających światełek i nieustannym dźwiękiem docierającym do naszego ucha nie jest odpoczywaniem. A sprawy do przemyślenia czekają...
    Ale życie się toczy i sprawy nie przemyślane zostają przez nas przegrywane. Potyczki z życiem źle znosimy i tracimy czas i energię na ciągłą walkę. Bo nie mamy czasu by dokładnie przemyśleć wielu dla nas ważnych spraw.
    Ostatnio doświadczyłem bardzo wyraźnie to, jak istotny jest czas na ważne sprawy. Musiałem rozstrzygnąć coś niezwykle istotnego dla swojego życia i wziąłem sobie 2 tygodnie urlopu. Podczas urlopu nie dorabiałem, nie pracowałem, nie wyjeżdżałem i nie nadrabiałem "strat" w wiadomościach w telewizji. Po prostu pracowałem na ogródku i kopałem ziemię. przewoziłem ziemię i bardzo często robiłem sobie przerwy. Siadałem wtedy na ławce i patrzyłem na liście oraz owoce. Słuchałem śpiewu ptaków i myślałem, myślałem, myślałem i myślałem. Kiedy wydawało mi się, że już wiem podważałem to do czego doszedłem i próbowałem to bronić przed nowymi argumentami. Okazywało się długo, że nie potrafię tego wybronić a moja strategia nie jest właściwa bo ma duże luki. W ciągu tego czasu 7 razy zmieniłem scenariusz działań i za każdym razem byłem przekonany, że właśnie teraz mam już ten właściwy a za każdym razem okazywało się, że tak nie jest. Średnio więc co drugi dzień całkowicie lub częściowo musiałem zweryfikować to, co uważałem za słuszne. W pewnym momencie bawiło mnie to już bardzo do tego stopnia, że byłem ciekaw czy w ogóle znajdę właściwe rozwiązanie. Nawet mnie to nie niepokoiło ale dawało satysfakcję, że coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego czego naprawdę chcę a czego nie chcę.

    Długotrwałe rozważania potrzebują naszej uwagi i naszego czasu aby wydobyć na światło dzienne właściwe i trwałe rozwiązania. Warto więc trochę zwolnić i pozwalać sobie na nic nie robienie tak aby mieć pewność co robimy.
    Ci, którzy potrafią postępować niekonwencjonalnie, są nieskończeni niczym niebo i ziemia, niewyczerpani niczym wielkie rzeki. Gdy nadchodzi ich koniec, zaczynają się znowu, jak dni i miesiące. Umierają i rodzą się na nowo, niczym cztery pory roku - Sun Tzu



    Sztuka wojenna Sun Zi[1] (chiń. 孫子兵法, pinyin Sūnzĭ Bīngfǎ) jest chińskim wojennym opracowaniem napisanym w VI wieku p.n.e. przez Sun Zi. Składa się z 13 rozdziałów, każdy z nich jest poświęcony jednemu elementowi sztuki wojennej.
    Sun Zi uznawany jest za pierwszą osobę rozróżniającą strategię i taktykę prowadzenia wojny.
    Sztuka wojenna jest jednym z najstarszych i najsławniejszych opracowań strategii i ma duży wpływ na planowanie wojenne i nie tylko. Po raz pierwszy przetłumaczona na język zachodni z chińskiego w 1782 przez francuskiego jezuitę Jean Joseph Marie Amiot.


    W taki sposób o tym wielkim strategu wojennym pisze wikipedia (wikiliks jeszcze o tym nie pisała). Mam tą książkę i wiele drogocennych wskazówek mogłem w niej znaleźć dla siebie.

    W naszej codzienności często gubi nas nieustanne powtarzanie utartych schematów działania. Te same schematy mogą dać nam tylko jeden rezultat - ten sam wynik. W kluczowych kwestiach potrzebujemy zupełnie inaczej spojrzeć na to. co do tej pory robiliśmy. Uwolnić się od swojego spojrzenia. Wymaga to od nas spokoju i wsłuchania się w to co inni do nas mówią.
    My zwykle wszystko wiemy lepiej. Jeśli nie będziemy otwarci na nowe a wręcz całkiem nowe spojrzenie, wtedy nie będziemy wstanie zmienić naszej sytuacji. Zmiany wymagają innego podejścia do zagadnienia. Upieranie się w swoim, znanym nam zdaniu, nie pomoże nam zmienić sytuacji. Nawet jeśli uzyskamy zmianę to odbędzie się to kosztem forsowania swojego zdania, bez względu na koszty. A można zrobić to inaczej. Ale jak?
    I tutaj potrzebne jest otwarcie na działania niekonwencjonalne by wyprzedzić to co znane. By wejść w obszar na którym nikogo nie było. By zmierzyć się ze sprawą w zupełnie nowy sposób.
    Ta postawa powoduje, że jesteśmy bardziej odporni na zawirowania w naszym życiu.
    Dbanie o ciepełko i wygodę znieczula i otępia. Osoby, które musiały borykać się z wielkimi przeciwnościami losu, są często liderami w swojej dziedzinie. Ciepełko eliminuje z gry, oraz wpędza w kłopoty. Każdorazowe przejście przez coś bardzo trudnego a nawet niewykonalnego, uzdalnia nas do pokonywania kolejnych trudności. Ucieczka i obrona status quo sprowadzi na nas więcej kłopotów niż porzucanie ciepła i stabilizacji.

    Przyglądanie się wciąż na nowo tym samym rzeczom i sprawom powoduje, że w naszym życiu jest więcej satysfakcji oraz powstaje wiele rzeczywistych rozwiązań, które nadają naszemu życiu więcej radości i zadowolenia.
    Człowiek nie ma przyjaciół. Przyjaciół ma tylko powodzenie - Napoleon Bonaparte
    Trudne to słowa, ale jeszcze trudniejsza rzeczywistość. Trudniejsza, jeśli nie jesteśmy na nią przygotowani. Często żyjemy przeświadczeniem, że w trudnych chwilach możemy liczyć na przyjaciół. Okazuje się jednak, że nawet ci na których tak bardzo liczyliśmy - zawodzą.
    Jeśli jest to prawdą to po co są przyjaciele i dlaczego tak są nam potrzebni?
    Na szczęście potrzebujemy bliskich ale wielokrotnie przekonujemy się, że większość z tych, których za takich uważaliśmy nimi tak naprawdę nie są. Jesteśmy szczęśliwcami, jeśli wśród naszych znajomych mamy kilku tych na których możemy liczyć.
    Co więc z lepszym życiem i co ma z nim to zdanie tytułowe?
    Przede wszystkim powinniśmy mieć świadomość, że w chwilach naszego sukcesu zaczynamy gromadzić wokół siebie coraz większą liczbę tych, którzy chcą na tym coś ugrać. Świadomość tego może nam pomóc w tym, by nie przeżywać wielu rozczarowań. Nasze rozczarowania mogą mieć olbrzymie konsekwencję na naszą otwartość na ludzi oraz prawidłowe spojrzenie. Jeśli nasze serce będzie skażone tym, że wszyscy chcą nas wykorzystać i nie warto angażować się w związki, wtedy wiele stracimy. Stracimy otwartość i szansę na nowe głębokie relacje.
    To jakiej wartości relacje możemy w danym momencie naszego życia stworzyć, w dużej mierze zależy od tego w jakiej sytuacji aktualnie jesteśmy. Jeśli nasza sytuacja budzi podziw wtedy związki będą radosne ale bez głębszej wartości. Nie będą miały okazji się sprawdzić i możemy być rozczarowani w przyszłości, kiedy nam może się nie układać, a oni zawiodą.. Jeśli natomiast nasza sytuacja obecna nie jest najciekawsza, to dla innych nie będziemy przedstawiać zbyt dużej wartości i nie będzie kolejek przed nasze oblicze. Wtedy bazujemy na dotychczasowych przyjaciołach głównie z braku laku. To my wtedy stajemy się najczęściej  łowcą nowych kontaktów.
    Zbudowanie trwałych przyjaźni jest procesem wieloletnim by nie powiedzieć pokoleniowym. Gdybyśmy przyjrzeli się tym, których obecnie uważamy za przyjaciół to prawdopodobnie okaże się, że głównie są to osoby z wczesnych lat młodości. Z podstawówki, szkoły średniej czy ze studiów. Mimo często dobrych relacji z kolegami z pracy i nawet częstemu wychodzeniu na "piwko", rzadko te relacje utrzymują się dłużej niż nasza wspólna praca. Cy warto więc porzucać rodzinę i dzieci na wieczorne wypady ze znajomymi z pracy? Czy ma sens pozbawiać rodzinę Ojca i Męża dla kilku piwek z "przyjaciółmi"? Patrząc na swoje doświadczenie wniosek nasuwa się sam. NIE WARTO. Nie warto zwłaszcza jeśli nam się powodzi w pracy bo jeszcze łatwiej można wpaść w przekonanie, iż otoczeni jesteśmy dużym gronem przyjaciół. A potem rozczarowanie może nie dawać nam na długi czas spokoju.
    Warto jednak i to bezwzględnie troszczyć się o długoletnie przyjaźnie. Potrzeba w nich wielokrotnie przebaczeń, zapominania błędów, nie wytykania wad. Te relacje warto pogłębiać dając im swój czas i obecność a najlepiej jeszcze, gdy możemy to robić wspólnie ze współmałżonkiem/ką. Takie przyjaźnie warte są wielu pieniędzy oraz zaangażowania. Dla nich warto iść niewyspanym do pracy i zawalać swoje sprawy.

    Dla przyjaciół warto tracić czas.
    Mając powodzenie nie warto wierzyć w to, że nasi nowi "przyjaciele" widzą w nas coś więcej niż powodzenie dla siebie. 
    A czynić dobrze nie ustawajmy, albowiem we właściwym czasie żąć będziemy bez znużenia - Gal. 6,9
    Aby opowiedzieć moją historię, nic lepszego nie oddaje lepiej tego co zaszło.
    Mój Tato urodził się w 1923 roku w Sopotni Małej koło Żywca. Od młodego wieku zajmował się uprawą 3 ha roli. Praca była bardzo ciężka, bo odbywała się głównie ręcznie a do tego w terenach górzystych. Skończył wg różnych zapisów w różnych dokumentach 2 lub 3 klasy szkoły powszechnej. Na tamtych terenach i w owym czasie nie dbano o wykształcenie dzieci. Dzieci i słusznie zresztą, zajmowały się pomaganiem rodzicom w ich obowiązkach.
    W 1943 roku w czasie Wielkiej Wojny Tato zesłany został na roboty przymusowe do jednego z gospodarstw rolnych na ówczesnym terenie Rzeszy. Miał wtedy 20 lat.Był zaprawiony w ciężkiej pracy więc radził sobie całkiem nieźle. O tym co robił i kim był zadecydowało w dużej mierze to co ja teraz przeżywam.
    Tato umarł w 1991 roku na wylew. Minęło właśnie 20 lat od jego śmierci.
    W 1999 roku odwiedzając jednego z moich klientów miałem możliwość przeprowadzenia niezwykłej i bardzo znaczącej dla mojego życia rozmowy.
    Zajmowałem się wtedy ubezpieczeniami. Kiedy byłem z kolejną wizytą u mojego bardzo ważnego klienta zaczepiła mnie starsza Pani pytając czy mam lub miałem coś do czynienia z osobą o imieniu i nazwisku mojego Ojca. Odpowiedziałem, że tak, to mój Ojciec. Wtedy Starsza Pani rozpłakała się. W mojej wyobraźni już pojawił się obraz Ojca, który niechybnie spłodził kobiecie dziecko. Starsza Pani po uspokojeniu zaczęła opowiadać historię swojego życia w której uczestniczył mój Ojciec.
    W czasie pobytu mojego Ojca na robotach przymusowych kilkukrotnie był prowadzony na rozstrzelanie przez Niemców. Wtedy do akcji wkraczała rodzina Starszej Pani ratując dwukrotnie Ojca przed pewną śmiercią. Ja i cała rodzina żyjemy dzięki wstawiennictwu rodziców Starszej Pani. Byli oni Ślązakami z pochodzeniem niemieckim i dzięki posiadanemu majątkowi wykupili Ojca wraz z kilkoma kompanami z aresztu. Dzięki tym interwencjom mój Ojciec dożył końca wojny.
    Po wojnie Polacy postanowili zrobić porządek z Niemcami, którzy jednak nie pozwolili się wydalić z Ziem Odzyskanych. Chociaż to nie mogli być Polacy, ponieważ Polacy są dobrzy i nigdy nikomu krzywdy by nie zrobili. A jeszcze poprzez samosąd - przenigdy. Jednak Starszej Pani zdarzyło się i jej rodzinie, że zostali aresztowani przez nowe władze ludowe i chciano zagłodzić ich na śmierć. Tato zatrudnił się do pracy, która dawała mu możliwość uratowania tych ludzi od śmierci głodowej i ryzykując życie codziennie przynosił im jedzenie do aresztu. Kilkukrotnie uratował ich przed polskim ludem, który szukając winnych wojny chciał swój gniew złagodzić zabijając rodzinę Starszej Pani.
    Słowa te mocno mną wstrząsnęły i spowodowały, że postanowiłem zbadać dogłębniej historię mojego rodu a szczególnie Taty. Każdemu polecam lekturę Akt IPN dotyczących swoich przodków bo to znakomicie systematyzuje wiedzę o nich oraz wyjaśnia niektóre nieznane nam okoliczności.
    O tym czego się dowiedziałem pisać nie będę, chociaż nie znalazłem tam niczego co by mi życie Taty podważało.
    Do czego więc nawiązuje tytuł posta?
    Dzisiaj blisko 70 lat po tych wydarzeniach zbieram owoc tego kim był mój Ojciec. Chcę tylko napisać, że rodzina Starszej Pani w tych ważnych dla mnie obecnych dniach niezwykle mi pomogła, stając się gwarantem i poręczycielem mojej wiarygodności. Zwykle nie potrzebujemy takiej pomocy ale po raz pierwszy w życiu potrzebowałem dodatkowego uwiarygodnienia i otrzymałem je również dzięki mojemu Tacie, który blisko 70 lat temu czynił dobrze a z czego ja dzisiaj zacząłem żąć bez znużenia.


    Czynić więc dobrze nie ustawajmy, bo albo my albo nasze dzieci i wnuki będą zbierać tego owoce w najważniejszych i przełomowych momentach.
    "ludzie zmieniają swoje postępowanie tylko wtedy, gdy zagrożone zostaje to, co jest dla nich naprawdę ważne" - Marshall Goldsmith "What Got You Here Won't Get You There"

    Zwykle wkładamy minimum wysiłku we wszystkim co robimy. Robimy to zgodnie z zasadami fizyki: każde ciało (atom) dąży do jak najmniejszego ruchu.

    Zdarza się, że już dawno powinniśmy zrezygnować z niektórych posunięć, pozostawić ślepe zaułki oraz wrócić na właściwy tor, jednak nie robimy tego. Dopiero w krytycznej sytuacji zaczynamy postępować racjonalnie.
    Tak jesteśmy skonstruowani, że samodzielnie nie rezygnowalibyśmy z własnych błędów a dopiero wyjątkowo niekorzystne okoliczności pomagają nam postępować racjonalnie. Czy mamy zatem denerwować się gdy nam coś długo nie wychodzi? Czy ma sens nieustanne próbowanie czegoś co jest dla nas niekorzystne?
    Przyglądanie się swojemu życiu i tego co robimy jest czasem zbyt mało efektywne. Potrzebujemy więc wstrząsów by się obudzić i zacząć MYŚLEĆ. Znajdujemy wtedy czas na to, by zobaczyć rzeczywistą sytuację. Możemy wtedy zrezygnować z utopii i tych rzeczy, za którymi gonimy a nie mają dla nas prawdziwego znaczenia.
    To co ma dla nas prawdziwe znaczenie rozumiemy dopiero w chwili ryzyka utraty. Lekceważymy to kim jesteśmy i to co mamy i dopiero groźba utraty stawia nas na baczność. Wtedy zauważamy, co jest dla nas ważne a co nie.
    W przypadku pożaru nie jesteśmy w stanie uratować wszystkiego ale warto wiedzieć co chcemy ratować. Warto więc rozważać, o co nam chodzi w życiu. Co zabrać i za co chwycić gdy ogień będzie trawił to co nasze?
    Dlatego potrzebujemy trudnych chwil, które wydają się niweczyć nasz dotychczasowy "dorobek" by na światło ukazać to, co prawdziwe, dla czego warto się trudzić.
    W ten sposób zagrożenia stają się naszymi szansami a upadek przeradza się w budowanie na trwałym gruncie.
    Ile spokoju przychodzi gdy pozornie wielkie dla nas rzeczy giną, a okazują się dla nas tylko świecidełkiem.

    Ten spokój jest najcenniejszy. Daje siłę by dalej żyć i to głębiej.
    Każdy z nas przeżywa problemy. Są momenty gdy wydaje się nam, że jest ich trochę mniej. Jednak bardzo często nasze życie przypomina slalom między problemami. Czasem ten slalom nam nie wychodzi i czujemy, że jest ich zbyt dużo a rozwiązania nie nadchodzą. Jednak najczęściej dzięki wsparciu jakim się posiłkujemy uzyskujemy ulgę. Jesteśmy wtedy w objęciach bliskich, przyjaciół oraz osób którym na nas zależy. Często jesteśmy również przyjaciółmi wszelkiego rodzaju używek i wzmacniaczy. Ta walka dużo nas kosztuje. Płacimy za to olbrzymią cenę. Nieustannie czynimy postanowienia, że jak tylko załatwimy jeszcze to i tamto wtedy zaczniemy normalnie żyć. I tak mijają kolejne lata a ilość problemów nie maleje. Każdy rozwiązany problem wydaje się tworzyć kolejnych kilka co powoduje, że mamy ich jeszcze więcej.
    Jednak to nie problemy są naszym prawdziwym źródłem zmartwień. Nasza cierpienie tylko w niewielkim stopniu związane są z okolicznościami, które właśnie przeżywamy.
    Źródłem naszych nie przespanych nocy, naszego płaczu i obaw są nasze interpretacje.  Najwięcej bólu przeżywamy nie z powodu problemów i cierpień ale z powodu tego jak je traktujemy. Do każdego problemu tworzymy własną opowieść i to ta opowieść jest źródłem prawdziwej udręki. Większość problemów nie mają takiej siły by nas powalić ale nasze myśli mają wielką moc niszczenia. Poprzez naszą interpretację wzmacniamy nawet błahe sprawy do wielkich rozmiarów czyniąc z nich potwory, które nie dają nam spać.
    To interpretacja jest źródłem prawdziwych zmartwień. Po to więc by mniej się martwić potrzebujemy zapanować nad tą częścią naszej istoty odpowiedzialnej za interpretowanie. Gdy to sobie uświadomimy wtedy wiele, wiele problemów zniknie. Ich siła okaże się znacznie mniejsza niż sądziliśmy. Wpływ wydarzeń i okoliczności stępi się. Nie będzie miał już tak niszczącej mocy.
    Proponuję ćwiczenie.
    Ktoś wypowiada na Twój temat krzywdzącą opinię. Zastanów się na ile ta opinia jest krzywdząca a na ile krzywdzące jest to co myślisz na temat tej opinii. Ile szkód opinia Ci wyrządzi a co zniszczy to co o tym myślisz.
    Nasza interpretacja przynosi nam wiele szkód i nad nią musimy zapanować. Często jest nieprawdziwa i szkodliwa. Powoduje naszą izolację gdy nie ma powodu do izolacji. Niszczy związek podczas gdy okoliczność i wydarzenie nie miało takiej mocy.

    Sam muszę się więcej przyglądać moim fruwającym myślom, tak by interpretacja tego co się dzieje, nie wybiegała ponad to co się zdarzyło.
    I nic więcej
    Nareszcie koniec wakacji. Każdego roku pojawia się w naszych domach ten sam problem. Co robić z dziećmi w tak długie wakacje? Doprawdy nie znajduję ŻADNEGO powodu, dla którego wakacje trwają tak strasznie długo. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dla którego każdego roku miliony z nas nie wie, co mają robić przez tak długi okres nasze dzieci. Powoduje to ogromne zamieszanie w rodzinach, olbrzymie straty finansowe oraz zaburzenie harmonii w domu. Dla dzieci jest to również czas stracony. Pod każdym względem. Rodzice w pracy, a dzieci bezpańskie. Okropność.
    Dlatego jestem bardzo szczęśliwy, że wakacje się skończyły i będę delektował się czasem chodzenia dzieci do szkoły.

    Do tej pory czas szkoły przelatywał mi między palcami, bo nie zajmowałem się zbytnio postępami moich maluczkich. Nawet nie zauważyłem, że jedno z moich dzieci skończyło już gimnazjum. Wydawało mi się, że dopiero co jechałem z nim na rozpoczęcie szkoły, a właśnie rozpoczął szkołę średnią. Jak ten czas przeleciał mi tak szybko? Po prostu nie cieszyłem się dziecka szkołą. Uważałem, że to jest dziecka odpowiedzialność. Nadal tak uważam, jednak dla siebie, by dłużej cieszyć się ich szkołą, będę uczył się wraz z nimi. Dla nich i dla mnie. Po to by wakacje przychodziły później a harmonia życia nie została niszczona.
    Lepszy jest zły obyczaj niż jego brak.

    Delektowanie rozpocząłem już dzisiaj i jestem bardzo zadowolony. Byłem jedynym rodzicem w gimnazjum, który był na rozpoczęciu pierwszoklasistów. Pięknie. Moje dziecko nawet mnie nie unikało.
    Byłem i jestem bardzo poruszony.