Latest Posts

Ci, którzy potrafią postępować niekonwencjonalnie, są nieskończeni niczym niebo i ziemia, niewyczerpani niczym wielkie rzeki. Gdy nadchodzi ich koniec, zaczynają się znowu, jak dni i miesiące. Umierają i rodzą się na nowo, niczym cztery pory roku - Sun Tzu



Sztuka wojenna Sun Zi[1] (chiń. 孫子兵法, pinyin Sūnzĭ Bīngfǎ) jest chińskim wojennym opracowaniem napisanym w VI wieku p.n.e. przez Sun Zi. Składa się z 13 rozdziałów, każdy z nich jest poświęcony jednemu elementowi sztuki wojennej.
Sun Zi uznawany jest za pierwszą osobę rozróżniającą strategię i taktykę prowadzenia wojny.
Sztuka wojenna jest jednym z najstarszych i najsławniejszych opracowań strategii i ma duży wpływ na planowanie wojenne i nie tylko. Po raz pierwszy przetłumaczona na język zachodni z chińskiego w 1782 przez francuskiego jezuitę Jean Joseph Marie Amiot.


W taki sposób o tym wielkim strategu wojennym pisze wikipedia (wikiliks jeszcze o tym nie pisała). Mam tą książkę i wiele drogocennych wskazówek mogłem w niej znaleźć dla siebie.

W naszej codzienności często gubi nas nieustanne powtarzanie utartych schematów działania. Te same schematy mogą dać nam tylko jeden rezultat - ten sam wynik. W kluczowych kwestiach potrzebujemy zupełnie inaczej spojrzeć na to. co do tej pory robiliśmy. Uwolnić się od swojego spojrzenia. Wymaga to od nas spokoju i wsłuchania się w to co inni do nas mówią.
My zwykle wszystko wiemy lepiej. Jeśli nie będziemy otwarci na nowe a wręcz całkiem nowe spojrzenie, wtedy nie będziemy wstanie zmienić naszej sytuacji. Zmiany wymagają innego podejścia do zagadnienia. Upieranie się w swoim, znanym nam zdaniu, nie pomoże nam zmienić sytuacji. Nawet jeśli uzyskamy zmianę to odbędzie się to kosztem forsowania swojego zdania, bez względu na koszty. A można zrobić to inaczej. Ale jak?
I tutaj potrzebne jest otwarcie na działania niekonwencjonalne by wyprzedzić to co znane. By wejść w obszar na którym nikogo nie było. By zmierzyć się ze sprawą w zupełnie nowy sposób.
Ta postawa powoduje, że jesteśmy bardziej odporni na zawirowania w naszym życiu.
Dbanie o ciepełko i wygodę znieczula i otępia. Osoby, które musiały borykać się z wielkimi przeciwnościami losu, są często liderami w swojej dziedzinie. Ciepełko eliminuje z gry, oraz wpędza w kłopoty. Każdorazowe przejście przez coś bardzo trudnego a nawet niewykonalnego, uzdalnia nas do pokonywania kolejnych trudności. Ucieczka i obrona status quo sprowadzi na nas więcej kłopotów niż porzucanie ciepła i stabilizacji.

Przyglądanie się wciąż na nowo tym samym rzeczom i sprawom powoduje, że w naszym życiu jest więcej satysfakcji oraz powstaje wiele rzeczywistych rozwiązań, które nadają naszemu życiu więcej radości i zadowolenia.
Człowiek nie ma przyjaciół. Przyjaciół ma tylko powodzenie - Napoleon Bonaparte
Trudne to słowa, ale jeszcze trudniejsza rzeczywistość. Trudniejsza, jeśli nie jesteśmy na nią przygotowani. Często żyjemy przeświadczeniem, że w trudnych chwilach możemy liczyć na przyjaciół. Okazuje się jednak, że nawet ci na których tak bardzo liczyliśmy - zawodzą.
Jeśli jest to prawdą to po co są przyjaciele i dlaczego tak są nam potrzebni?
Na szczęście potrzebujemy bliskich ale wielokrotnie przekonujemy się, że większość z tych, których za takich uważaliśmy nimi tak naprawdę nie są. Jesteśmy szczęśliwcami, jeśli wśród naszych znajomych mamy kilku tych na których możemy liczyć.
Co więc z lepszym życiem i co ma z nim to zdanie tytułowe?
Przede wszystkim powinniśmy mieć świadomość, że w chwilach naszego sukcesu zaczynamy gromadzić wokół siebie coraz większą liczbę tych, którzy chcą na tym coś ugrać. Świadomość tego może nam pomóc w tym, by nie przeżywać wielu rozczarowań. Nasze rozczarowania mogą mieć olbrzymie konsekwencję na naszą otwartość na ludzi oraz prawidłowe spojrzenie. Jeśli nasze serce będzie skażone tym, że wszyscy chcą nas wykorzystać i nie warto angażować się w związki, wtedy wiele stracimy. Stracimy otwartość i szansę na nowe głębokie relacje.
To jakiej wartości relacje możemy w danym momencie naszego życia stworzyć, w dużej mierze zależy od tego w jakiej sytuacji aktualnie jesteśmy. Jeśli nasza sytuacja budzi podziw wtedy związki będą radosne ale bez głębszej wartości. Nie będą miały okazji się sprawdzić i możemy być rozczarowani w przyszłości, kiedy nam może się nie układać, a oni zawiodą.. Jeśli natomiast nasza sytuacja obecna nie jest najciekawsza, to dla innych nie będziemy przedstawiać zbyt dużej wartości i nie będzie kolejek przed nasze oblicze. Wtedy bazujemy na dotychczasowych przyjaciołach głównie z braku laku. To my wtedy stajemy się najczęściej  łowcą nowych kontaktów.
Zbudowanie trwałych przyjaźni jest procesem wieloletnim by nie powiedzieć pokoleniowym. Gdybyśmy przyjrzeli się tym, których obecnie uważamy za przyjaciół to prawdopodobnie okaże się, że głównie są to osoby z wczesnych lat młodości. Z podstawówki, szkoły średniej czy ze studiów. Mimo często dobrych relacji z kolegami z pracy i nawet częstemu wychodzeniu na "piwko", rzadko te relacje utrzymują się dłużej niż nasza wspólna praca. Cy warto więc porzucać rodzinę i dzieci na wieczorne wypady ze znajomymi z pracy? Czy ma sens pozbawiać rodzinę Ojca i Męża dla kilku piwek z "przyjaciółmi"? Patrząc na swoje doświadczenie wniosek nasuwa się sam. NIE WARTO. Nie warto zwłaszcza jeśli nam się powodzi w pracy bo jeszcze łatwiej można wpaść w przekonanie, iż otoczeni jesteśmy dużym gronem przyjaciół. A potem rozczarowanie może nie dawać nam na długi czas spokoju.
Warto jednak i to bezwzględnie troszczyć się o długoletnie przyjaźnie. Potrzeba w nich wielokrotnie przebaczeń, zapominania błędów, nie wytykania wad. Te relacje warto pogłębiać dając im swój czas i obecność a najlepiej jeszcze, gdy możemy to robić wspólnie ze współmałżonkiem/ką. Takie przyjaźnie warte są wielu pieniędzy oraz zaangażowania. Dla nich warto iść niewyspanym do pracy i zawalać swoje sprawy.

Dla przyjaciół warto tracić czas.
Mając powodzenie nie warto wierzyć w to, że nasi nowi "przyjaciele" widzą w nas coś więcej niż powodzenie dla siebie. 
A czynić dobrze nie ustawajmy, albowiem we właściwym czasie żąć będziemy bez znużenia - Gal. 6,9
Aby opowiedzieć moją historię, nic lepszego nie oddaje lepiej tego co zaszło.
Mój Tato urodził się w 1923 roku w Sopotni Małej koło Żywca. Od młodego wieku zajmował się uprawą 3 ha roli. Praca była bardzo ciężka, bo odbywała się głównie ręcznie a do tego w terenach górzystych. Skończył wg różnych zapisów w różnych dokumentach 2 lub 3 klasy szkoły powszechnej. Na tamtych terenach i w owym czasie nie dbano o wykształcenie dzieci. Dzieci i słusznie zresztą, zajmowały się pomaganiem rodzicom w ich obowiązkach.
W 1943 roku w czasie Wielkiej Wojny Tato zesłany został na roboty przymusowe do jednego z gospodarstw rolnych na ówczesnym terenie Rzeszy. Miał wtedy 20 lat.Był zaprawiony w ciężkiej pracy więc radził sobie całkiem nieźle. O tym co robił i kim był zadecydowało w dużej mierze to co ja teraz przeżywam.
Tato umarł w 1991 roku na wylew. Minęło właśnie 20 lat od jego śmierci.
W 1999 roku odwiedzając jednego z moich klientów miałem możliwość przeprowadzenia niezwykłej i bardzo znaczącej dla mojego życia rozmowy.
Zajmowałem się wtedy ubezpieczeniami. Kiedy byłem z kolejną wizytą u mojego bardzo ważnego klienta zaczepiła mnie starsza Pani pytając czy mam lub miałem coś do czynienia z osobą o imieniu i nazwisku mojego Ojca. Odpowiedziałem, że tak, to mój Ojciec. Wtedy Starsza Pani rozpłakała się. W mojej wyobraźni już pojawił się obraz Ojca, który niechybnie spłodził kobiecie dziecko. Starsza Pani po uspokojeniu zaczęła opowiadać historię swojego życia w której uczestniczył mój Ojciec.
W czasie pobytu mojego Ojca na robotach przymusowych kilkukrotnie był prowadzony na rozstrzelanie przez Niemców. Wtedy do akcji wkraczała rodzina Starszej Pani ratując dwukrotnie Ojca przed pewną śmiercią. Ja i cała rodzina żyjemy dzięki wstawiennictwu rodziców Starszej Pani. Byli oni Ślązakami z pochodzeniem niemieckim i dzięki posiadanemu majątkowi wykupili Ojca wraz z kilkoma kompanami z aresztu. Dzięki tym interwencjom mój Ojciec dożył końca wojny.
Po wojnie Polacy postanowili zrobić porządek z Niemcami, którzy jednak nie pozwolili się wydalić z Ziem Odzyskanych. Chociaż to nie mogli być Polacy, ponieważ Polacy są dobrzy i nigdy nikomu krzywdy by nie zrobili. A jeszcze poprzez samosąd - przenigdy. Jednak Starszej Pani zdarzyło się i jej rodzinie, że zostali aresztowani przez nowe władze ludowe i chciano zagłodzić ich na śmierć. Tato zatrudnił się do pracy, która dawała mu możliwość uratowania tych ludzi od śmierci głodowej i ryzykując życie codziennie przynosił im jedzenie do aresztu. Kilkukrotnie uratował ich przed polskim ludem, który szukając winnych wojny chciał swój gniew złagodzić zabijając rodzinę Starszej Pani.
Słowa te mocno mną wstrząsnęły i spowodowały, że postanowiłem zbadać dogłębniej historię mojego rodu a szczególnie Taty. Każdemu polecam lekturę Akt IPN dotyczących swoich przodków bo to znakomicie systematyzuje wiedzę o nich oraz wyjaśnia niektóre nieznane nam okoliczności.
O tym czego się dowiedziałem pisać nie będę, chociaż nie znalazłem tam niczego co by mi życie Taty podważało.
Do czego więc nawiązuje tytuł posta?
Dzisiaj blisko 70 lat po tych wydarzeniach zbieram owoc tego kim był mój Ojciec. Chcę tylko napisać, że rodzina Starszej Pani w tych ważnych dla mnie obecnych dniach niezwykle mi pomogła, stając się gwarantem i poręczycielem mojej wiarygodności. Zwykle nie potrzebujemy takiej pomocy ale po raz pierwszy w życiu potrzebowałem dodatkowego uwiarygodnienia i otrzymałem je również dzięki mojemu Tacie, który blisko 70 lat temu czynił dobrze a z czego ja dzisiaj zacząłem żąć bez znużenia.


Czynić więc dobrze nie ustawajmy, bo albo my albo nasze dzieci i wnuki będą zbierać tego owoce w najważniejszych i przełomowych momentach.
"ludzie zmieniają swoje postępowanie tylko wtedy, gdy zagrożone zostaje to, co jest dla nich naprawdę ważne" - Marshall Goldsmith "What Got You Here Won't Get You There"

Zwykle wkładamy minimum wysiłku we wszystkim co robimy. Robimy to zgodnie z zasadami fizyki: każde ciało (atom) dąży do jak najmniejszego ruchu.

Zdarza się, że już dawno powinniśmy zrezygnować z niektórych posunięć, pozostawić ślepe zaułki oraz wrócić na właściwy tor, jednak nie robimy tego. Dopiero w krytycznej sytuacji zaczynamy postępować racjonalnie.
Tak jesteśmy skonstruowani, że samodzielnie nie rezygnowalibyśmy z własnych błędów a dopiero wyjątkowo niekorzystne okoliczności pomagają nam postępować racjonalnie. Czy mamy zatem denerwować się gdy nam coś długo nie wychodzi? Czy ma sens nieustanne próbowanie czegoś co jest dla nas niekorzystne?
Przyglądanie się swojemu życiu i tego co robimy jest czasem zbyt mało efektywne. Potrzebujemy więc wstrząsów by się obudzić i zacząć MYŚLEĆ. Znajdujemy wtedy czas na to, by zobaczyć rzeczywistą sytuację. Możemy wtedy zrezygnować z utopii i tych rzeczy, za którymi gonimy a nie mają dla nas prawdziwego znaczenia.
To co ma dla nas prawdziwe znaczenie rozumiemy dopiero w chwili ryzyka utraty. Lekceważymy to kim jesteśmy i to co mamy i dopiero groźba utraty stawia nas na baczność. Wtedy zauważamy, co jest dla nas ważne a co nie.
W przypadku pożaru nie jesteśmy w stanie uratować wszystkiego ale warto wiedzieć co chcemy ratować. Warto więc rozważać, o co nam chodzi w życiu. Co zabrać i za co chwycić gdy ogień będzie trawił to co nasze?
Dlatego potrzebujemy trudnych chwil, które wydają się niweczyć nasz dotychczasowy "dorobek" by na światło ukazać to, co prawdziwe, dla czego warto się trudzić.
W ten sposób zagrożenia stają się naszymi szansami a upadek przeradza się w budowanie na trwałym gruncie.
Ile spokoju przychodzi gdy pozornie wielkie dla nas rzeczy giną, a okazują się dla nas tylko świecidełkiem.

Ten spokój jest najcenniejszy. Daje siłę by dalej żyć i to głębiej.
Każdy z nas przeżywa problemy. Są momenty gdy wydaje się nam, że jest ich trochę mniej. Jednak bardzo często nasze życie przypomina slalom między problemami. Czasem ten slalom nam nie wychodzi i czujemy, że jest ich zbyt dużo a rozwiązania nie nadchodzą. Jednak najczęściej dzięki wsparciu jakim się posiłkujemy uzyskujemy ulgę. Jesteśmy wtedy w objęciach bliskich, przyjaciół oraz osób którym na nas zależy. Często jesteśmy również przyjaciółmi wszelkiego rodzaju używek i wzmacniaczy. Ta walka dużo nas kosztuje. Płacimy za to olbrzymią cenę. Nieustannie czynimy postanowienia, że jak tylko załatwimy jeszcze to i tamto wtedy zaczniemy normalnie żyć. I tak mijają kolejne lata a ilość problemów nie maleje. Każdy rozwiązany problem wydaje się tworzyć kolejnych kilka co powoduje, że mamy ich jeszcze więcej.
Jednak to nie problemy są naszym prawdziwym źródłem zmartwień. Nasza cierpienie tylko w niewielkim stopniu związane są z okolicznościami, które właśnie przeżywamy.
Źródłem naszych nie przespanych nocy, naszego płaczu i obaw są nasze interpretacje.  Najwięcej bólu przeżywamy nie z powodu problemów i cierpień ale z powodu tego jak je traktujemy. Do każdego problemu tworzymy własną opowieść i to ta opowieść jest źródłem prawdziwej udręki. Większość problemów nie mają takiej siły by nas powalić ale nasze myśli mają wielką moc niszczenia. Poprzez naszą interpretację wzmacniamy nawet błahe sprawy do wielkich rozmiarów czyniąc z nich potwory, które nie dają nam spać.
To interpretacja jest źródłem prawdziwych zmartwień. Po to więc by mniej się martwić potrzebujemy zapanować nad tą częścią naszej istoty odpowiedzialnej za interpretowanie. Gdy to sobie uświadomimy wtedy wiele, wiele problemów zniknie. Ich siła okaże się znacznie mniejsza niż sądziliśmy. Wpływ wydarzeń i okoliczności stępi się. Nie będzie miał już tak niszczącej mocy.
Proponuję ćwiczenie.
Ktoś wypowiada na Twój temat krzywdzącą opinię. Zastanów się na ile ta opinia jest krzywdząca a na ile krzywdzące jest to co myślisz na temat tej opinii. Ile szkód opinia Ci wyrządzi a co zniszczy to co o tym myślisz.
Nasza interpretacja przynosi nam wiele szkód i nad nią musimy zapanować. Często jest nieprawdziwa i szkodliwa. Powoduje naszą izolację gdy nie ma powodu do izolacji. Niszczy związek podczas gdy okoliczność i wydarzenie nie miało takiej mocy.

Sam muszę się więcej przyglądać moim fruwającym myślom, tak by interpretacja tego co się dzieje, nie wybiegała ponad to co się zdarzyło.
I nic więcej
Nareszcie koniec wakacji. Każdego roku pojawia się w naszych domach ten sam problem. Co robić z dziećmi w tak długie wakacje? Doprawdy nie znajduję ŻADNEGO powodu, dla którego wakacje trwają tak strasznie długo. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dla którego każdego roku miliony z nas nie wie, co mają robić przez tak długi okres nasze dzieci. Powoduje to ogromne zamieszanie w rodzinach, olbrzymie straty finansowe oraz zaburzenie harmonii w domu. Dla dzieci jest to również czas stracony. Pod każdym względem. Rodzice w pracy, a dzieci bezpańskie. Okropność.
Dlatego jestem bardzo szczęśliwy, że wakacje się skończyły i będę delektował się czasem chodzenia dzieci do szkoły.

Do tej pory czas szkoły przelatywał mi między palcami, bo nie zajmowałem się zbytnio postępami moich maluczkich. Nawet nie zauważyłem, że jedno z moich dzieci skończyło już gimnazjum. Wydawało mi się, że dopiero co jechałem z nim na rozpoczęcie szkoły, a właśnie rozpoczął szkołę średnią. Jak ten czas przeleciał mi tak szybko? Po prostu nie cieszyłem się dziecka szkołą. Uważałem, że to jest dziecka odpowiedzialność. Nadal tak uważam, jednak dla siebie, by dłużej cieszyć się ich szkołą, będę uczył się wraz z nimi. Dla nich i dla mnie. Po to by wakacje przychodziły później a harmonia życia nie została niszczona.
Lepszy jest zły obyczaj niż jego brak.

Delektowanie rozpocząłem już dzisiaj i jestem bardzo zadowolony. Byłem jedynym rodzicem w gimnazjum, który był na rozpoczęciu pierwszoklasistów. Pięknie. Moje dziecko nawet mnie nie unikało.
Byłem i jestem bardzo poruszony.
Nasz postrzeganie świata związane jest z subiektywną oceną związaną z kilkoma czynnikami warunkującymi sposób w jaki to robimy. Jednym z tym filtrów jest przywiązanie. Nasze przywiązanie do rzeczy, osób, poglądów, tradycji i miejsc. Wszystkie informacje, które do nas docierają każdego dnia przechodzą przez filtr w naszym umyśle i sercu i każdą informację sprawdza pod kątem naszych przywiązań. Gdyby przyjrzeć się temu w jaki sposób czytamy gazetę, szybko zauważymy, że czytamy pewne strony a pewnych nie. Zapłaciliśmy za całą gazetę ale i tak czytamy tylko to co jest zgodne z naszymi przywiązaniami. Tak samo jest w przypadku oglądania telewizji. Z jakiegoś powodu zmieniając programy w poszukiwaniu tego, na czym warto zawiesić oko, wybieramy te, które odpowiadają naszym przywiązaniom. Słuchając radia, również pewnych stacji słuchamy a pewnych nie. Nie do końca zdajemy sobie sprawę z powodów naszych "wyborów".
Jednym z powodów naszych wyborów jest siła przywiązań. Kształtowana została przez lata naszych życiowych doświadczeń. Wpływ na nią miały książki, które do tej pory przeczytaliśmy, ludzie z którymi rozmawialiśmy, poglądy, które w pewnym momencie uznaliśmy za wartościowe oraz cała masa powodów przez  które jesteśmy dzisiaj z takimi "wyborami".
By móc zacząć w większym stopniu cieszyć się życiem dobrze jest weryfikować swoje wybory. Poddać je krytycznej analizie. Pytać się siebie: DLACZEGO? Dlaczego tak uważam? Poddać nasz wybór krytyce. A co jeśli byłoby inaczej, np. odwrotnie.
Zobaczymy wtedy jak wielką siłę mają nasze przyzwyczajenia, bo szybko okaże się, że trudno jest nam cokolwiek podważyć a odpowiadanie na to pytanie tym bardziej przekona nas o słuszności swoich dotychczasowych wyborów. Jeśli tak będzie to w naszym życiu nie będzie inaczej. Trudno nam będzie wsłuchać się w opinię drugiego człowieka. Docenić jego punkt widzenia, jego doświadczenie.

Przyzwyczajenie mają potężną siłę a o jej mocy mogą się przekonać tylko ci, którzy próbują je pokonać i zmienić. Tylko otwarcie się na nowe spojrzenie, może spowodować zmianę w naszym życiu.
Dobrze jest przyjrzeć się naszym codziennym przyzwyczajeniom i weryfikować je. Rozpoczynając od najprostszych jak sposób w jaki się codziennie budzimy oraz kładziemy spać. Spróbować nimi zarządzać, co możliwe jest nie poprzez wmawianie sobie, że muszę to zrobimy inaczej, ale poprzez docenienie nowych rzeczy, nowych przyzwyczajeń.
Do tej pory piłem dużo kawy bo praktycznie jedna za drugą. Pomyślałem sobie: dlaczego to robię? Co w niej ma taką wielką wartość, że piję ją tak często? I zrozumiałem - przywiązanie. Potem, a trwało to kilka dni, czy tygodni, zastanawiałem się, nie ciągle oczywiście ale zwłaszcza, jak miałem się napić kawy, a co właściwie lubię, co spróbuję. Po kilku różnych próbach, również całkowicie nieudanych odkryłem, że bardzo lubię zieloną herbatę i to w dodatku z fusami. Wcześniej jej nie lubiłem a spróbowałem przypadkiem bo od mojej Mamy dostałem z jakiegoś powodu kubek z filtrem i podstawką.
Teraz mam nowe przyzwyczajenie. Ale sam je wybrałem. Parzenie herbaty sprawia mi przyjemność. Wodę na kawę mogłem gotować ile chciałem, a kawy sypać ile mi się wsypało i parzyć mogłem ile chciałem. A teraz nie mogę. Bo mi nie smakuje. Muszę parzyć odpowiednią ilość czasu. Za każdym razem dodaję inną ilość cukru. I muszę wypić jak jest odpowiednio dla mnie ciepła. Bo mi nie smakuje. Mam teraz więcej wymagań od herbaty. Zaczynam rozróżniać, która jest dla mnie odpowiednia. A to jest tylko herbata.

W ten sposób uporałem się z jednym z wielu przywiązań. I tak będę zajmował się kolejnymi, tak by żyć świadomie, korzystając z tych chwil jakie mi darowano.

Jeśli rozprawianie się z innymi przywiązaniami będzie dla mnie choć trochę tak ekscytujące jak to z herbatą, to już nie mogę się doczekać swoich kolejnych doznań nawet w tak błahych sprawach. Może o tym napiszę a może nie
Ostatnio rozmawiam więcej z ludźmi na różne nie tylko biznesowe tematy. Jedna z osób wykazała się umiejętnością zrobienia łącza do facebook'a. Nie tylko wykazała się umiejętnością ale i chęcią by to zrobić i wykonała to.
Z tego miejsca chciałbym podziękować Aagnieszce Adamczewskiej za wsparcie. Być może pani Aagnieszka pomoże i w waszej sprawie związanej z facebook'iem, bo widać, że zna się na tym bardzo dobrze.

Zapraszam więc do "lubienia" tego bloga, co można zrobić klikając odpowiednio w zakładce po prawej stronie.
Nie mów nic. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości.- Paulo Coelho.
To słowa alchemika, który od pewnego momentu swojego życia rozpoczął pisanie książek. Ma swoje grono czytelników a jego książki cechuje duża przenikliwość.


Cytat z tytułu pasuje mi do dzisiejszych myśli, jakie krążą po mojej głowie. Ostatnich kilka dni to rozmowy o lepszym życiu. Niewątpliwie dużą częścią naszego szczęścia jest potrzeba szczęścia w miłości. Jest to niewątpliwie najgłębsza potrzeba człowieka - miłość. Każdy człowiek posiada swoją definicję miłości. Dla jednych jest to miłość małżeńska, dla innych rodzicielska, a inni największą wagę przykładają do potrzeby bycia kochanym. Gdyby przyjrzeć się osobom uwielbianym nawet przez tłumy szybko zorientujemy się, że osoby takie nie są z tego powodu szczęśliwe. Prawdziwe odczucie zaspokojenia w miłości daje dopiero nasza miłość bez powodu. Jeżeli zaspokojenie dawałaby miłość jaką otrzymujemy od kogoś, wtedy Stwórca nigdy nie mógłby odczuwać zadowolenia. Jeżeli Bóg stwarzając świat miał nadzieję, że będzie zaspokojony dzięki miłości człowieka, wtedy Jego wieczność byłaby koszmarem.
My jako ludzie również nie uzyskujemy zaspokojenia, wtedy gdy ktoś nas kocha. Oczywiście lepiej jest być kochanym niż nie kochanym, tak samo jak lepiej jest być mądrym, młodym, pięknym i bogatym. Natomiast to nie daje wewnętrznego spełnienia. Zadowolenie i spełnienie uzyskuje człowiek, który po prostu kocha.
Nie ma takiego powodu dla którego warto byłoby kochać. Nawet gdyby ten powód istniał teraz, to nie będzie już aktualny później. Każda sprawa się zmienia, każda osoba się zmienia, zmieniają się również okoliczności naszego życia. W takim ciągłym zmieniającym się naszym świecie nie możliwe jest osiągnąć zadowolenia w miłości za coś. Oczekiwanie na zasługi nie zaspokoi naszej wewnętrznej potrzeby.
Widać to dobrze na przykładzie Matek, których dzieci zostały o coś oskarżone. Jedne bronią swoje dzieci nawet gdy całkowicie nie mają racji. Inne krytykują dzieci, nawet jeśli ich "przestępstwa" widzą tylko one. Jedne nieustannie wypominają dzieciom to, że opiekowały się nimi w młodości a nic z tego nie mają. Inne bronią swoje dzieci. Do pierwszych matek wnuki najczęściej nie przyjeżdżają. Do drugich aż za często.
Gdyby przyjrzeć się małżeństwom, którym nie udało się przetrwać można zauważyć, że częstym powodem rozstania są olbrzymie nie spełnione oczekiwania. Często połączone jest to z szantażem emocjonalnym. Szantaż opiera się na żądaniu udowadnianiu swoich uczuć. Prowadzi to do niszczenia relacji opartej o dobrowolne i niewymuszone TAK.
 Im oddanie bardziej bez warunkowe , tym satysfakcja pełniejsza.
Kolejny cytat Napoleona. Ciekawe, że człowiek, który odnosił tak wiele sukcesów militarnych doszedł do takiego wniosku, jak w tytule. Po rozpoznaniu sytuacji i po tym jak widzimy, że nie odniesiemy sukcesu albo okupimy to zbyt dużym wysiłkiem czasem warto po prostu ustąpić.


Zbyt duża ambicja, by zawsze wszystko wychodziło, co robimy powoduje zawały praz wylewy. Szczęśliwe życie związane jest z ustępowaniem. Ustępowanie związane jest z naszymi kontaktami ze współmałżonkiem, rodzicami, dziećmi, pracownikami, szefami oraz klientami. Dotyczy to również wszelkich kontaktów, jakie codziennie mamy. Nie można prowadzić spokojnego i zarazem zadowalającego życia nie potrafią ustępować. Są sprawy, w których ustępować nie wolno, a dotyczą one m.in. naszego i naszych bliskich bezpieczeństwa, ustępstwa, które spowodowałyby nasze zniewolenie lub ograniczenie a także ustępstwa, które godzą w sprawy dla nas kluczowe. Wtedy musimy walczyć.
Jednak nawet wtedy możliwe jest ustępstwo dla czegoś ważniejszego i lepszego. Napoleon był wielkim myślicielem, strategiem i wojownikiem. Dokładnie rozumiał. że ustępstwa są czasem konieczne co pokazał składając swoją abdykację.

Muszę lepiej rozróżniać sprawy dla mnie kluczowe, aby walczyć o te, które mają dla mnie kluczowe znaczenie oraz ustępować w tych, które takimi się tylko wydają.