Latest Posts

Od jakiegoś czasu, a dokładnie od 6. tygodni prowadzę rozmowy ze znanym blogerem Zezowatym Zorro w cyklu mielenie zezorrem.
Nasze rozmowy dotyczą bieżącej polityki, gospodarki i czegokolwiek co warte zastanowienia.

Przedstawiam Wam nowe dziecko już o numerze #6_3 pod tytułem: Referendum na Węgrzech
Zapraszam również do strony na Facebook oraz do komentowania i lajkowania! Tutaj można zasubskrybować kanał na Youtube i być na bieżąco z nowościami






Kiedy w 1999 roku "dostaliśmy" nasze mieszkanie w TBS otrzymaliśmy również wybór kilku elementów w "naszym" nowym mieszkaniu. Zostaliśmy wezwani przez zarząd TBS-u do stawienia się na odpowiednią godzinę w celu dokonania wyboru. Karnie na spotkanie przyjechaliśmy i otrzymaliśmy "próbki" wykładzin. Wykładziny były w kolorach: zielonym, czerwonym i szarym. Po namyśle zdecydowaliśmy się, że wybierzemy szare. Szybko, sprawnie i z emocjami. Byliśmy szczęśliwi, że ktoś nas zapytał o zdanie. Podobnie było z kafelkami: szare, białe i niebieskie. Wybraliśmy białe. 
Podobny wybór miałem w 1978 roku, gdy po raz pierwszy kupowaliśmy dla mnie okulary. Pani pokazała nam 3 pary okularów w kolorach: czerwonym, zielonym i białym. Wybrałem wtedy zielone. Śmiechu było z tego powodu co niemiara. Nienawidziłem ich. Wyglądałem jak żaba. 

Nie tak dawno byłem w supermarkecie. Otrzymałem zlecenie kupienia wody mineralnej. Na półkach 26 różnych odmian i gatunków wody mineralnej. Zacząłem czytać etykiety. Wyboru dokonałem stosując dokładną analizę. 
Analizowałem między innymi:


- koszt zakupu - uznałem, że to ważne,
- wygląd - chciałem, by mi się podobała butelka,
- zawartości pierwiastków - chciałem, by miała jakąś wartość,
- stopień zmineralizowania - chciałem, by była taka w sam raz,
- producent - nie chciałem kupować od nie wiadomo kogo,
- kształt butelki - chciałem, by dobrze się trzymało w ręce,
- sposób zapakowania - nie chciałem, by mi się opakowanie rozerwało przy wnoszeniu do domu.

Po około 20 minutach dokonałem wyboru. Nie czułem jednak satysfakcji. Ten brak zadowolenia mnie zastanowił. Przecież miałem taki duży wybór. Przecież kupiłem to, co wybrałem. Gdzie moja radość z zakupów. Po przyjściu do domu bardzo cieszyłem się, że miałem krótką listę zakupów, bo co by się działo, gdybym kupował wszystko, co potrzebne w domu?


Wielość wyboru nie sprawia większej radości, a raczej zabiera czas i naszą uwagę na to, co istotne. Bardzo wiele "wyborów", całkowicie nieistotnych, zabiera całą naszą życiową energię. Nie są one warte tego, by zabierały nam jakąkolwiek uwagę. Pewne sprawy trzeba raz przemyśleć i nie wracać do nich więcej. 

Jest wiele wartościowych osób, które są niezwykle inteligentne i zdolne. Ich problemem jest to,że nie pracują. Nie pracują, ponieważ nie wiedzą jakiej mają szukać pracy. Mają olbrzymi zasób wiedzy i doświadczenia, który paraliżuje ich w podjęciu chociażby kierunków, gdzie mają szukać. Mogą robić wszystko. Mogą malować, rysować,pisać, jeździć, szukać, obsługiwać, dzwonić. Słowem kandydat idealny, ale pracy nie mają.

Wybory są potrzebne i jest to nasz ludzki przywilej.  Nikt nie ma prawa nam go odebrać, nawet gdyby wprowadził taką ustawę, lub taki zakaz, a jednak:


Mamy prawo decydować o wszystkim, ale nie musimy we wszystkim dokonywać wyboru.  

Niektóre rzeczy powinniśmy po prostu robić, bez większego zastanowienia i celu. Życie warte jest tego, by mieć czas na siebie, a nie na codziennym, nieustannym wybieraniu. 

Każda sprawa wymaga zastanowienia, ale życie to coś więcej, niż tylko myślenie.











Poniżej przedstawiam niesamowite "zdjęcie", które porównuje ludzkie oko do wszechświata.. Zdumiewające jest to, że ludzka zdolność umożliwiła dzięki wytworzonej przez siebie technice oglądanie w taki sposób nas a także całego Wszechświata.Wydawać by się mogło, że technika uniemożliwia nam wgląd w istotę spraw. Na tym przykładzie widać, że wszystko zależy od tego kto trzyma w ręku narzędzie. W rękach jednego przychodzi zniszczenie i smutek, a w rękach kogoś innego zrozumienie i jasność.

                                                                     Source: repinly.com via FeeFee,RN on Pinterest


Zawsze, gdy mam możliwość pobyć trochę ze stworzeniem mam głębsze odczucie Stwórcy. Kiedykolwiek udaje mi się wyjechać w góry albo nawet nad "nudne" bezkresne morze, to doświadczam spokoju i większej jasności. Widzę, że znowu powinienem pojechać, trochę oddzielić się od ludzi, trochę pobyć samemu, by oddzielić wyraźniej to co ważne od tego co nie jest ważne. To oddzielenie jest konieczne również po to, by nie znienawidzić innych stworzeń takich jak na przykład ludzi. Zbyt dużo i często ludzi przy nas powoduje chęć schowania się przed nimi. Jest to nasza obrona przed wtargnięciem innych na nasze i tylko nasze terytorium. To zmęczenie obecnością innych jest dla nas wyraźnym drogowskazem, że na nas już czas do lasu, do ciszy, do odosobnienia.



Dzisiaj publikuję cały tekst jednego z ostatnich komentarzy, który uważam za szczególny i wart zacytowania w całości, bez poprawek.


Co by było, gdyby nie mieć planu. Planu na życie, planu na pracę i tak zwaną karierę zawodową, planu na zajęcia dodatkowe, planu na urlop … można by tak jeszcze długo wymieniać. Od paru dni się nad tym zastanawiam i od paru dni nie chce mnie opuścić odczucie, że planowanie tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Wróć. Prowadzi, a jakże, prowadzi do stresu i frustracji. Przynosi ze sobą rozdrażnienie i nerwowość. 

Stawiam tezę: nie planujmy.
Co się wtedy stanie? No właśnie, co? Czy to nie będzie przypadkiem tak, że wreszcie będziemy mogli docenić to co mamy? Czy nie będzie tak, że nagle będziemy mieli czas na więcej rzeczy, na które wcześniej nie zdobylibyśmy się, bo nie mieściły się w naszych planach? Czy to nie będzie tak, że będziemy bardziej otwarci na coś lub kogoś nowego?
Moim zdaniem planowanie daje nam złudzenie panowania nad sytuacją. Niestety jest to tylko złudzenie. Tak naprawdę przecież nie powinno nam chodzić o panowanie nad sytuacją tylko o przeżywanie naszego życia w szczęśliwości i spokoju ducha, radując się cudami jakimi jesteśmy otoczeni. Planowanie nas ogranicza i zabiera radość najprostszym czynnościom. Chcę mocno to podkreślić: zabiera nam radość z najprostszych czynności. Natomiast życie składa się z tych najprostszych czynności. Radujmy się nimi i przekazujmy tę radość naszym bliskim. Tych najprostszych czynności nie potrzebujemy planować.
Zapytacie, a co z wielkimi celami życiowymi, z karierą zawodową itd. itp., to powinniśmy zaplanować. Czy ja wiem czy powinniśmy? Dzisiaj mając ponad 40 lat jestem skłonna powiedzieć, że nie powinniśmy. Jeżeli robisz w życiu to co lubisz i co daje ci radość, to wszystko przyjdzie samo. Jeżeli w pracy, którą lubisz, chcesz coś osiągnąć, to czy trzeba to zaplanować? Po prostu robisz, a ponieważ to lubisz, chcesz wiedzieć więcej, umieć więcej, a to z kolei samo cię prowadzi do jakiegoś szkolenia, kursu czy też książki – nie trzeba tego zaplanować. Jedyne co mamy do zrobienia, to po prostu chcieć i to zrobić.
Jedyny rodzaj planowania jaki jestem w stanie – na dzisiaj – dopuścić to coś w stylu zaplanowania siebie. Miałoby to na celu bardziej dowiedzenie się kim jestem, albo jaka chciałabym być, jakie życie chciałabym prowadzić, gdzie mieszkać, jaką pracę wykonywać. To wszystko po to, żeby czerpać radość z siebie i tego co robię. Oddawać tę radość potem innym, naszym najbliższym.


Ponownie wracam do cesarza, króla, prezydenta, konsula Francji. Ilekroć czuję, że potrzebuję czegoś dla mojego umysłu co sprawiłoby, że budzę go z jakiegoś letargu, gdy potrzebuję w swoich rozważaniach wznieść się wyżej, tylekroć przychodzi mi do głowy Napoleon. Zawsze mogę liczyć na coś inspirującego, co nie pozwoli mi przejść obok tego obojętnie i zmusi mnie do myślenia.

Zauważyłem, że na grupach społecznościowych wybieramy do obserwowania lub do znajomych osoby, które mają poglądy albo sposób życia podobny do nas. Nie szukamy osób z którymi brakuje nam punktu zaczepienia. Jest to prawdopodobnie naturalne, że szukamy podobnych do nas. Wydaje się, że osoby, które myślą, żyją podobnie do nas dadzą nam więcej niż te, które myślą inaczej.

Dlatego tak łatwo, łatwiej niż kiedykolwiek można się o nas tak dużo dowiedzieć, chociażby tylko z obserwowania tego z kim "trzymamy" na przykład na facebooku, naszej-klasie, twitterze, LinkedInie czy innych.
Oczywiście jest to dla nas bardzo niebezpieczne o czym nie muszę chyba przekonywać. Dobrze jest w sposób świadomy zaprosić do znajomości wiele różnych osób utrudniając prawidłową identyfikację.

To zajście daleko może być nawet zajściem zbyt daleko. Zdarza się, że nie mając jakiegoś planu zachodzimy bardzo daleko, ale zdarza się również, że plan jest również dla nas ograniczeniem. Potrzebujemy takich ograniczeń by nie iść zbyt daleko. Pomaga nam w tym plan i jasność tego co jest naszym ograniczeniem w drodze.
Nie myślę tutaj o ograniczeniach zewnętrznych ale raczej wewnętrznych czyli wewnętrznej siły, wewnętrznego głosu, który mówi DOŚĆ.

Bardzo dobrze to widać w przypadku zarabiania pieniędzy. Oczywiście dobrze jest dobrze zarabiać. Dla każdego poziom "dobrze" jest trochę inny, ale możemy również zauważyć, że najczęściej perspektywa zarobienia naprawdę dużych pieniędzy przyćmiewa umysł i zaślepia. Pozbawia ochrony w postaci granicy zarabiania. Miałem i mam możliwość obserwowania ludzi, którzy zarobili już bardzo dużo i nie mam wrażenia abo to uczyniło ich chociaż odrobinę szczęśliwszym niż pijak spod budki z piwem. Poziom stresu zwiększa się i odpowiedzialność rośnie a wszystko to przez brak zrozumienia o co im chodzi.

Dokąd idę?

Problem bogatych związany jest z tym, że tak trudno jest nie skorzystać z okazji. Inni nie mają takiej możliwości, a oni mają i korzystają. Chcą korzystać. Bardzo często płacą za to bardzo dużą cenę. Mieli już tak dobrze, a tu znowu nowy projekt. Jeszcze tylko ten ostatni a potem już będą robić to co chcą.

Kilka dni temu byłem w szpitalu u bliskiej mi osoby. Zadzwoniła do mnie, że czeka ją operacja i zapytała czy mógłbym ją odwiedzić. Po raz pierwszy miałem taką sytuację. Chory prosi o odwiedziny a ja jadę do niego prawie 100km. 
Podczas wizyty z każdą chwilą uzmysławiałem sobie, że życie jest naprawdę bardzo krótkie i tak niewiele po nim zostaje. Niewiele wszystkiego, niewiele rodziny, niewiele siebie, niewiele zrealizowanych celów. Wszystkiego jest tak mało i do tego samotność. Niby mam wszystko ale jednak nie mam, coś umknęło, o czymś zapomniałem.

Szpital jest dobrym miejscem do otrzeźwienia. Na każdym etapie życia nasi rodzice, nauczyciele, wychowawcy powinni nas prowadzić do szpitala. Szpital jest dobrym miejscem, aby zobaczyć smutek ludzi, którzy kończą swój bieg, a nie wiedzą dokąd zaszli i co ich jeszcze czeka.
Nie wiedzą dokąd idą.
Nie mieli planu, nie dbali o to co dla nich najważniejsze teraz przeżywają ból z powodu jakiegoś nie spełnienia. Nie spełnienia często w zbytnim spełnieniu w jednej dziedzinie a pominięciu innej ważnej, o której teraz myślą i nie mają spokoju. I nie mają spokoju....
Szukałem odpowiedniego cytatu by opowiedzieć o tym co dzisiaj zrozumiałem ale długo nie mogłem znaleźć odpowiedniego. W końcu udało mi się znaleźć ten Franklina Jonesa:

Doświadczenie to ta cudowna rzecz, która pozwala ci rozpoznać twe błędy, gdy znowu je popełnisz.

Oczywiście dobrze jest się uczyć na błędach i to najlepiej nie na swoich. Jednak czy w rzeczywistości tak się da? Tak naprawdę? Sam mówię to swoim dzieciom mając świadomość, że mnie nie słuchają i potrzebują własnych doświadczeń by się czegoś nauczyć. Uczą się, uczą, potykają, popełniają błędy i już wiedzą czego nie powinny robić. Tak byłoby wspaniale. Prawdziwe lekcje wchodzą głęboko a oceny wystawiane są we wnętrzu naszego ciała. Kiedy już wydaje się, że już wiemy co zrobiliśmy źle, wydaje się, że od tej chwili będzie już dobrze, bo przecież już wiemy jak nie robić i jakim nie być.
Wydaje się, że musimy mieć lepszą pamięć by to doświadczenie lepiej zapamiętać a jednak okazuje się, że przypominamy sobie o nim dopiero następnym razem jak się znowu przydarzy. To jak utrwalacz do zdjęć bez którego zdjęcie się nie utrwali. Wydaje się, że utrwalacz nic nie robi a jednak bez niego obraz na zdjęciu nie byłby trwały. Zdjęcie musi być nawet zanurzone w utrwalaczu, a nie tylko pochlapane, pokropione.
To utrwalenie musi być do szpiku kości, bez możliwości uniknięcia pełnego zamoczenia. Bez niego zdjęcie zniknie, a doświadczenie uleci.

Po procesie utrwalania musi nastąpić wypłukanie zdjęcia, gdyż inaczej na obrazie powstałyby plamy. Plamy spowodowałyby to, że zdjęcie nie będzie wyraźne i być może należałoby całą operację powtórzyć. Być może dlatego doświadczamy niektórych rzeczy po wielokroć, choć wydaj nam się, że wiedzieliśmy już o czym mowa zaraz po pierwszym razie. Okazało się jednak, że tak nie było.

Niestety popełniamy wciąż te same błędy a widzimy to dopiero wtedy gdy znowu je popełniamy.
Wielokrotnie powinienem zrezygnować z niektórych niszczących kontaktów chociaż dokładnie widziałem, jak bardzo źle na mnie wpływały. Ale nie, uważałem bo tak mówili, że teraz będzie już inaczej. Oczywiście, że nie było inaczej, chociaż było. Było dużo gorzej i w tym mogła być tylko różnica.

Dobrze jest więc szanować ten proces bo chociaż bolesny przynajmniej się kończy. Gorzej jeśli nie chcemy pozwolić na pełne utrwalenie a na końcu przepłukanie, bo proces ten może wciąż się powtarzać
Opowiadam: Dlaczego piszę?:

To chyba trzeba w końcu wyjaśnić. Sobie wyjaśnić. Mam więc punkt zaczepienia, od tego zacznę - pisanie dla siebie.
Pisanie wcale nie jest przyjemnością, pisanie z przyjemnością zazwyczaj się nie układa, jest mało komunikatywne, pełne emocji i bez składu. Pisanie nie jest przyjemnością, bo wymaga skupienia i koncentracji. Wymaga fizycznego wysiłku, wiedzą o tym oczy i plecy. Jednak daje satysfakcję, to trzeba przyznać. Jeśli ktoś nazwie satysfakcję przyjemnością - proszę bardzo. Nie jest to jednak lekka przyjemność. Co jeszcze oznacza pisanie dla siebie? Jest wymiar pisania, którą dostrzegam od zawsze i która trzyma mnie przy pisaniu - wymiar terapeutyczny. Nie wiem co leczę. Czy są to jakieś kompleksy, neurozy, chore ambicje, nierozwiązane problemy? Pewnie tak. Czuję za to, jak pisanie leczy. Układa mnie. Układa moją tożsamość, to czego nie rozumiem w sposób bardziej przejrzysty. Układa to, czego w ogóle nie dostrzegałem, co istniało, a nie było nazwane. Taka jest moc języka, oswajanie rzeczywistości. Najpierw oswajanie siebie. Oswajanie się ze sobą samym, przeglądanie się w tym pisaniu jak w lustrze. Wszystkie elementy znajdują swoje miejsce. To z czego można się pochwalić, ale też to czego najbardziej się wstydzę. Staję się świadomy tych dobrych i najgorszych części mnie i akceptuję je. Mówię o sobie tekstem. Nie ma mowy, żeby od tego uciec.

Pisanie dla innych - tego tym bardziej nie zamierzam się wypierać, byłoby to hipokryzją. Pisanie układa mnie w całość, ale ta całość nie może nie ujrzeć światła dziennego. Choćby były to najintymniejsze zapiski, zawszę projektuję jakiegoś odbiorcę, widzę to wyraźnie. Niekoniecznie muszę to być ja za parę lat, choć to faktycznie najbardziej prawdopodobny odbiorca. Czuję, że myślę o kimś takim pisząc. Dlaczego? To chyba tożsamość narracyjna, chęć opowiadania historii, ale opowiadania zawsze komuś.
W pisaniu dla kogoś nie mogę pominąć tych czysto egoistycznych (są inne?) pobudek: pochwały, docenienia, uznania. Głaskać i głaskać. Czy tylko taka ambicja kieruje pisaniem tekstu wyraźnie do kogoś? Myślę, że jest coś co prawdopodobnie zawiera się w chęci opowiadania - porozumienie, komunikacja z drugim człowiekiem. Zakładanie pewnego pomostu między nami, płaszczyzny na której można wymieniać myśli. Teraz Internet służy do tego doskonale. Informacja zwrotna z prędkością błyskawicy, choć nie zawsze o jakości porównywalnej z kontaktem w rzeczywistości.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że język to niesamowite narzędzie. Skoro język to i pisanie staje się częścią tej niesamowitości. Pisanie siebie i pisanie do ciebie, to jednak przyjemność. Boję się wyobrazić sobie świat bez języka, bez słowa. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że myśl nie włożona w słowa, a jeszcze gorzej - nie zapisania, nie istnieje. Dobrze, że to napisałem, teraz już zdaję sobie z tego sprawę i odczuwam, to co powinno się odczuwać - ból pleców. 

Oryginał: http://opowiada.blogspot.com/2011/12/dlaczego-pisze.html
Na jednej ze stron znalazłem badania, jakie pewna pracownica hospicjum zrobiła i spisała najczęściej powtarzające się wyznania osób, które umarły na jej rękach. Na ich podstawie określono 5 rzeczy, których ludzie żałują w chwili śmierci.

Oto one:

1. Żałuję, że nie miałem śmiałości prowadzenia takiego życia, jakie uważałem za słuszne, a prowadziłem takie, jakiego oczekiwali ode mnie inni.
Tego ludzie żałują najczęściej. Gdy zdają sobie sprawę, że ich życie jest już prawie skończone, mogą łatwo dostrzec, jakich marzeń nie zrealizowali. Większość osób nie próbowała spełnić nawet połowy ze swych marzeń - mówi autorka listy, pracownica niemieckiego hospicjum, cytowana przez portal www.chn24.pl (niestety nie znalazłem źródła)
To wydaje się być sprawą kluczową czyli życie w zgodzie ze sobą, swoimi poglądami, swoją wiarą, swoim zrozumieniem. Jak wiele trzeba stracić by przestać oglądać się na innych, zerkać na to co powiedzą i czy nas wyśmieją. Utrata własnej twarzy jest doświadczeniem uwalniającym z niewoli oczekiwań innych. Te oczekiwania prowadzą do życia w zakłamaniu a radości która nie jest autentyczna bo nie podąża za swoim odczuciem i zrozumieniem.

2. Żałuję, że tak dużo pracowałem.
Tego rodzaju uczucie wyrażał każdy pacjent płci męskiej, jakim się opiekowałam. Niektóre kobiety również wyrażały tego rodzaju żal. Jednak ponieważ większość z nich należała do wcześniejszego pokolenia, nie zajmowały się one zarabianiem na rodzinę - komentuje pracownica hospicjum.
Straciłem 17 lat swojego życia na pracy, zbyt nadmiernej pracy. Tylko 10 lat bo jeszcze żyję i żyję inaczej. Życie jest zbyt ciekawe by ograniczać się tylko do pracy lub pieniędzy. Nie zawsze jedno idzie nawet w parze z drugim. Gdy czytam te zdania jakie ludzie wypowiadają w chwili śmierci to widzę, że większość staje się mistykami na łożu śmierci. Zaczynają widzieć życie zgodnie z jego przeznaczeniem, ale nie jest to widok radosny, a raczej przygniatający i smutny. Dobrze jest doświadczyć takiego mistycznego doświadczenia wcześniej. Nie jest ono wtedy tak trudne do zniesienia, ale bardzo uwalniające i przynoszące pokój.

3. Żałuję, że nie miałem śmiałości, by wyrazić swoje uczucia.
Wiele ludzi przygaszało swoje uczucia, żeby zachować określone relacje z ludźmi. Pojawienie się wielu chorób miało związek z doświadczanymi przez nich uczuciami goryczy i oburzenia - mówi kobieta i dodaje, że tłumiony stres jest najgorszym z możliwych uczuć.
Dzisiaj ludzie mówią z podziwem o tych, którzy tłumią swoje uczucia, że są dojrzali lub godni podziwu. Przecież człowiek, który nie mówi tego co czuje, ukrywa to na czym mu zależy i nie przyznaje się do tego co jest dla niego najważniejsze musi być nieszczęśliwy. Dopiero życie w harmonii ze sobą i w zgodzie ze swoim wnętrzem czyni jego życie pełnym znaczenia, życiem, które ma właściwą głębię i sens

4. Żałuję, że nie utrzymywałem relacji z przyjaciółmi.
Często ludzie nie zdawali sobie sprawy, jaką korzyść czerpią z utrzymywania kontaktów ze swymi przyjaciółmi. Zrozumieli to dopiero, gdy zostało im kilka tygodni do końca życia - tłumaczy pracownica hospicjum.
Na szczęście opanowałem tę lekcję. Niestety wielu z moich przyjaciół już jest po rozwodzie albo o tym myślą. Wielokrotnie myślę, że coś mnie ominęło z nich samych, nie do końca rozumiem dlaczego tak się zachowują. Przyjaciele potrzebni są nam bo oni łączą naszą przeszłość i teraźniejszością. Stanowią dla nas potwierdzenie zmian do jakich w nas dochodzi. Nawet jeśli wydaje się, że kogoś straciliśmy, to i tak warto próbować go odzyskać, zwłaszcza, że jemu też nas brakuje.

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwym.
Wiele ludzi z powodu lęku przed zmianami udawało przed innymi i przed samymi sobą, że byli zadowoleni ze swojego życia - tłumaczy opiekunka i dodaje, że tak naprawdę umierający ciągle bali się, że stracą to co mają.
Prawdziwe życie potrzebuje zmian, często bardzo radykalnych i początkowo nie chcianych. Podążanie za swoim wnętrzem, wewnętrznym prowadzeniem, wprowadza nas w nieznane ale czyni nasze życie nasyconym.
Te 5 rzeczy na nowo uzmysławia mi, że nasze życie ma dopiero wtedy sens, gdy dotyka tych spraw, dla których istniejemy. Bez zrozumienia istoty życia, oraz jego celu, nasze życie pozostawać będzie ciągle niespełnione. 
Gdy zobaczysz siebie dzisiaj na swoim łożu śmierci i usłyszysz to co będziesz tam mówić, wtedy otworzą Ci się oczy na to co robisz i myślisz  dzisiaj
Bóg zwraca większą uwagę na to, kim jesteśmy niż na to co możemy dla Niego zrobić. Zależy mu na tym jaką jesteśmy osobą i jakie życie prowadzimy i dlatego nazwani zostaliśmy Jego dziełem. 

"Jego bowiem dziełem jesteśmy, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, do których przeznaczył nas Bóg, abyśmy w nich chodzili." Ef 2:10

Werset ten wskazuje nam, iż właściwy człowiek jest Jego dziełem. Bóg stworzył świat, jednak dopiero człowiek, przeobrażony człowiek jest Jego dziełem, Jego chlubą i radością. Ma on swoje przeznaczenie ale realizuje je poprzez to kim jest a nie w sposób zewnętrzny. Nie ma w nim rozdźwięku między tym co wewnętrzne a tym co zewnętrze
Gdy tylko angażujemy się w metody, zaczynamy stwarzać pozory i nie jesteśmy autentyczni. Ten brak autentyczności odpycha od nas ludzi a zwłaszcza młodych ludzi, dla których autentyczność to instynktownie kluczowy czynnik wg którego nas sprawdzają. Być może dlatego tak mało młodych ludzi poszukuje Chrystusa bo jest zbyt mało autentyczności. 

Nie potrzebujemy więc tak bardzo metod i sposobów jak bardzo potrzebujemy autentycznych, odmienionych i przeobrażonych ludzi.
W wielu sprawach każda z możliwości wydaje się być słuszna. Czasem łatwo jest rozpoznać właściwą drogę. Zwykle jednak musimy dokonać wyboru pomiędzy dwoma podobnie wyglądającymi możliwościami. Najłatwiej wydaje się po prostu dobrze zastanowić ale czasem każda z dróg wydaje się być właściwa i słuszna.
Potrzeba więc innego spojrzenia na sprawę.
Najlepiej po dogłębnym przeanalizowaniu odrzucić wszystko to, co jest niesłuszne i złe. Wszystko to co nie jest właściwe i nie będzie dla nas korzystne. Jeśli mamy takie wybory gdzie jedno rozwiązanie jest korzystne a inne nie, wtedy rozwiązanie po analizie również jest proste.
Najczęściej jednak tak nie jest i każde rozwiązanie ma podobną ilość i jakość plusów jak i minusów. Potrzebujemy użyć wtedy naszej intuicji, naszego serca. Jeśli nie damy naszemu sercu dostatecznej ilości czasu i spokoju wtedy ciężko jest uzyskać właściwą decyzję. Oczywiście czasem przypadkowo wybieramy dobrze, ale jeśli chcemy panować nad swoim życiem dobrze jest wsłuchać się w głos swojego serca.
W zależności od tego czym żyliśmy do tej pory i jakie mieliśmy priorytety, tak też i nasze serce będzie nam podpowiadać. Nasze serce nie działa w oderwaniu od naszej przeszłości i naszego doświadczenia. Działa ono również w oparciu o to czego do tej pory się nauczyliśmy.
Suma doświadczeń, wiedzy oraz umiejętności  a także obecnej dyspozycji da naszemu sercu właściwą bazę do pracy nad zagadnieniem. Serce nie przyniesie nam odpowiedzi w oderwaniu od nas i naszych wartości, dlatego dobrze jest uświadamiać sobie na czym nam aktualnie zależy bo i odpowiedź serca będzie kompatybilna z tymi wartościami.
Wartości dla nas dzisiaj nie są wartościami dla nas jutro dlatego dobrze jest mieć czas na weryfikowanie tego o co nam w życiu chodzi. I znowu potrzebny jest czas, który musimy zabrać naszym ulubionym rozrywkom, naszej pracy oraz w lepszym zorganizowaniu wolnego czasu.
Praca naszego serca zależy od przeszłości, dlatego to co robisz teraz zadecyduje o tym, czego serce będzie pragnąć jutro.
Kiedy w domu się nie układa, wtedy łatwiej zostać dłużej w pracy. Ludzie, którzy mają do czego wracać, nie trwonią swojego wolnego czasu w firmie. O tym, czy spędzamy czas w pracy bo mamy coś ważnego do wykonania, czy uciekamy od rodziny, widać dosyć szybko. Nie chodzi nawet o to, że swojemu mężowi czy żonie potrafimy racjonalnie wytłumaczyć naszą gorliwość w pracy ale widać to w wielu innych aspektach.
  • orientujemy się, że z jakichś niewyjaśnionych powodów mamy odczucie, że nikt na nas nie czeka. a to co MUSIMY zrobić jest takie ważne
  • kiedy wracamy do domu, nie interesujemy się tak bardzo sprawami domowników, a szybko uciekamy do umilaczy życia, typu komputer czy telewizor
  • trudno jest się zabrać za jakiekolwiek prace domowe usprawiedliwiając się zmęczeniem po długim dniu pracy
  • w nocy nie mamy siły i ochoty na miłość, tłumacząc to również zmęczeniem
  • trudno jest spędzać aktywnie czas z dziećmi, a ich problemy wydają się być takie błahe i nic nie znaczące
Dzięki tej długiej pracy zdobywamy oczywiście szacunek szefów, uznanie współpracowników oraz usprawiedliwienie dla siebie. Zdobywamy również większą wiedzę, doświadczenie oraz możemy wykonać wiele prac, których nie wykonują inni. Dzięki temu w rankingach wyglądamy coraz lepiej i nasze życie zawodowe rozwija się coraz dynamiczniej. Oczywiście ma to swoją cenę, a tą ceną w tym wypadku jest rozpad rodziny.
Gdyby zastanowić się głębiej nad poszczególnymi przypadkami rozpadów, to można by doszukiwać się tego co było pierwsze: dłuższa praca czy ucieczka z domu.
Dlatego myślę,że ważnym dla nas symptomem na rozpadający się związek jest nasze zaangażowanie w pracy, a właściwie czas jaki jej poświęcamy.
Ostatnio rozmawiałem z przyjacielem i powiedział mi, że jest po rozwodzie. Zmartwiłem się tym bardziej, że wielu z moich przyjaciół potraciło swoje rodziny Przyjaciel w żartobliwy sposób powiedział: Być może źle dobierasz przyjaciół?
Myślę, że mam ich takich jakich mają inni, a problem rozpadających się małżeństw jest już problemem społecznym, który wpłynie na całe nasze życie. Ta sprawa wpływa nie tylko na rozchodzących się, ale i na ich rodzinę i przyjaciół, którzy żyli blisko nich, a teraz i ta relacja zostanie w dużym stopniu zachwiana. Wspólne spotkania, wspólne wyjazdy,wspólne karty i rozmowy. To wszystko będzie już inne, jeśli w ogóle jeszcze będzie.
Będę o tym pisał częściej, gdyż przeżywam tę tragedię, a zwłaszcza moich przyjaciół, ale i jako próba odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO?
Odpowiedzi będzie dużo, nie zawsze słuszne ale zastanawianie się nad tym ma również i mnie zabezpieczać, bym bardziej siebie obserwował i żył świadomie

Kiedy zostajesz dłużej w firmie, zacznij się obserwować, a wtedy zrozumiesz co robisz

No i znowu nauka. Do tej pory spędziłem w szkołach 18lat i znów mnie naszło by się uczyć. Oczywiście moje obecne podejście do nauki jest inne niż przed laty. Robię to oczywiście dla siebie nawet za to płacąc. W tej chwili wybrałem półroczny kurs związany z poznaniem metody zarządzania opartej o Teorię Ograniczeń TOC. Zdecydowałem się na to, ponieważ ta metoda przydatna jest w wielu dziedzinach życia, nie tylko biznesu. Oczywiście najlepsze rezultaty przynosi ona w biznesie bo stosunkowo łatwo możemy zobaczyć jej skutki.
Będę więc jeździł co 2 tygodnie na dwudniowe zajęcia. Co ciekawe będę miał również zadania domowe, a na koniec prawdziwy egzamin.
Myślę, że i to nie będzie koniec mojej edukacji, ale nie będą to już studia, gdyż wiedza jaką przekazuje się na studiach jest przestarzała i często nieaktualna, więc będą to przede wszystkim kursy.
Robię to również dlatego bo chcę zająć czymś pozytywnym swój umysł. Ostatnio chorowałem i zbyt dużo czasu spędziłem na czytaniu na temat zamieszek, niepokojów społecznych oraz czekających nas zagrożeń.
Oczywiście ta "wiedza" zabiera mi nadzieję na lepsze życie i wprowadziła we mnie dużo zrezygnowania w to co robię i zamierzam robić zwłaszcza ze sobą.
Świat nie chce pozwolić byśmy żyli po swojemu, ale chce nas wtłoczyć w główny nurt, który jest zabójczy i nieludzki. Muszę więc dać swojemu umysłowi impuls do przemyśleń i poszukiwań, by nie był bezczynny, bezbronny w atakach z zewnątrz.

Greccy obywatele nie mają wyboru – żeby dożyć do pierwszego, muszą cofnąć czas. Reportaż z Naxos na Cykladach.

„Ludzie powracają do gospodarstw, które porzucili wiele lat temu. Znów uprawiają ziemniaki, kapustę i owoce. To pozwala im przetrwać gospodarcze załamanie”, opowiada Petros Citouzouris doglądający swoich winnic w wysokich górach na Naxos, największej wyspie Cyklad. Nawet tu dotarła już grecka katastrofa finansowa.
Wskazując na uprawiane od niedawna tarasowe pola, położone nieopodal niegdysiejszego schronienia dla trędowatych w Sifones, Citouzouris mówi, że od kiedy nad Grecję nadciągnął kryzys „bezrobotoni pracownicy budowlani i górnicy, a także emeryci wracają do rodzinnych gospodarstw, które odziedziczyli dziesiątki lat temu. Nigdy wcześniej nie uprawiali tu ziemi”. Jak ocenia Petros, niemal połowa okolicznych farm należy właśnie do takich ludzi. „Nie będą w stanie wyżyć tylko i wyłącznie z rolnictwa, to pewne. Ale to zajęcie pomoże im związać koniec z końcem”, przekonuje.
Turyści? Oczywiście – pojawili się również i w tym roku. Ale cała reszta gospodarki jest w opłakanym stanie. Widać to na każdym kroku również na Naxos. Nad wszystkim tutaj wisi w powietrzu jakaś taka mieszanina z trudem skrywanej nerwowości, otwartej rozpaczy podzielanego powszechnie lęku, że choć już dziś nie jest wesoło, sytuacja jeszcze się pogorszy. I tylko wyspa jest niezmiennie piękna, pełna starożytnych ruin i weneckich wież, bielonych domków i dobrze nawodnionych tarasowych pól przylegających do gór skrywających zielone doliny. Drzewa oliwkowe i żyzna ziemia wciąż przyciągają tu nowych osadników. Tak było tu od pięciu tysięcy lat.

Kryzys uderza powoli, ale metodycznie

Na północy Europy wielu ludzi wierzy w mit, jakoby Grecy urządzali sobie wielkie leżakowanie na koszt zagranicznych banków i unijnych pożyczek. Tutaj na pierwszy rzut oka widać, że w Naxos naprawdę ciężko się pracuje. Wielu spośród mieszkających tu osiemnastu tysięcy ludzi zawsze miało więcej niż jedną pracę. Wszystkie były jednak słabo płatne. Ci, którzy pracowali na budowie, potem dorabiali jako rolnicy. Mieli własne owce, kozy, drzewa oliwkowe i winiarnie. Dodatkowy zarobek pokrywał uniwersytecką edukację ich dzieci.
Teraz jednak jest zupełnie inaczej. W Naxos znaleźć można tłum wykwalifikowanych, młodych ludzi, z których nikt nie ma pracy, nawet najmarniejszej.
„Młodzi żebrzą o zajęcie”, mówi Manoulis Koutelieris, właściciel firmy budowlanej, który zatrudnia dziesięć osób. „Ostatniej nocy odebrałem telefon od kogoś, kto tak bardzo chciał dostać jakąś robotę, że nie mógł przestać płakać”, opowiada i dodaje, że nie wierzy w oficjalne dane mówiące, że bez pracy pozostaje co piąty mieszkaniec wyspy. Uważa, że tak naprawdę bezrobocie wynosi tu 35%.
Kryzys uderza powoli, ale metodycznie. Gdy tylko turyści pakują manatki, nie ma nikogo, kto wydawałby pieniądze w miejscowych sklepach i tawernach.Aspirujący do miana klasy średniej mają prawo czuć frustrację, ale innym bywa jeszcze gorzej. Potężne cięcia, jakie zmuszony był wprowadzić rząd w Atenach, sprawiły, że sytuacja tych, którzy dotąd ledwo zipali, stała się dramatyczna.

„Traktują nas jak śmieci”

Irene Polykretis opowiada, że, odkąd pamięta, ona i jej pracujący jako rybak mąż zawsze byli ubodzy. „Gdy dorastałam, moja rodzina nie mogła sobie nawet pozwolić na kupno aspiryny”, wspomina. Jak dotąd państwo Polykretis jakoś sobie radzili. Mąż Irene, Panagiotis, miał mały kuter, a poza tym dorabiał, sprzątając przystań. Ale całkiem niedawno spotkała ich seria nieszczęść.
Najpierw łódź została uszkodzona przez falę wywołaną przez jakąś motorówkę. Naprawa okazała się zbyt droga. Na domiar złego, to samo zdarzenie stało się też przyczyną urazu ich syna, przez co nie mógł pracować. W chwilę później rząd doszedł do wniosku, że Polykretisowie otrzymywali za duży zasiłek na dziecko. Wstrzymał więc wypłaty do końca roku. Panagiotisa przepełnia dziś gorycz. „Nikt nie chce nam pomóc. Traktują nas jak śmieci”, narzeka.
Wielu mieszkańców wyspy jeszcze sobie radzi, ale złe wieści napływają z zadziwiającą regularnością. Płace w sektorze publicznym spadają. Większość tutejszych ma własne domy, a to oznacza, że wkrótce zapłacą nowy podatek od nieruchomości. „Rząd znalazł tu żyłę złota”, komentuje kwaśno jeden z nich. Nowy podatek ściągany będzie wraz z opłatami za elektryczność. Sugestia jest jasna – nie zapłacisz, odetniemy ci prąd.
Kto jest temu wszystkiemu winien? Według burmistrza Naxos, Dmitrisa Lianosa, za wszystkim stoją banki i ich tanie kredyty rozdawane na prawo i lewo. „To one sprawiły, że Grecy poszaleli. Kredyty były oferowane z każdej możliwej okazji: na święta, na miesiące miodowe… Wszyscy żyliśmy w fałszywym, fantastycznym świecie”, mówi Lianos. Jak na razie banki nie naciskają za bardzo na klientów, by ci spłacali długi. Ale Grecy zadają sobie pytanie: „Co się stanie, gdy w końcu zdecydują się to zrobić?”.

„I tak pójdziemy na dno”

Wszyscy zgadzają się, że po Naxos krąży coraz mniej pieniędzy. Totalną zapaść przeżyła tylko branża budowlana, ale wszystkie inne sektory też ledwo zipią. Wiele umów zawiera się teraz na słowo. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek zamieni się ono w gotówkę. Manoulis Koutelieris mówi, że ma w domu czeki na trzydzieści tysięcy euro, których jak na razie nie udało mu się zrealizować. „I co zrobię? Nie podam przecież wszystkich tych ludzi do sądu”, rozkłada ręce.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bizantyjska biurokracja, która daje się Grekom we znaki na każdym kroku. Yannis Karpontinis, właściciel miejscowych kamieniołomów, wciąż nie może opanować złości, gdy opowiada mi nad szklaneczką rakii, jak wielkie problemy miał z ponownym otwarciem interesu. Kamieniołomy należały do jego rodziny od zawsze, ale przez jakiś czas były podnajmowane. By móc samemu prowadzić interes, Karpontinis musiał składać cały szereg nowych dokumentów.
Jego recepta na kryzys? Oszczędza, robiąc swój własny chleb, oliwę z oliwek, wino, a nawet mydło.
Karpontinis uważa, że Grecji nie da się uratować przed gospodarczą i społeczną katastrofą. „Przez pewien czas klasa średnia zgodzi się płacić większe podatki w obawie, że państwo zbankrutuje, a ludzie stracą swoje depozyty w bankach. Ale rzecz w tym, że i tak pójdziemy na dno. Wtedy ludzie przestaną płacić i będzie po rządzie”, przewiduje.

Źródło: presseurop.eu
http://www.presseurop.eu/pl/content/article/1073891-grecy-wracaja-na-role

W przeszłości przeczytałem wiele książek. Najczęściej dotyczyły one poniższych zagadnień:
- o poprawie motywacji,
- o sukcesie w życiu i biznesie
- o doskonałym wykorzystywaniu czasu
- o właściwym inwestowaniu
- o dokręcaniu sobie śruby
- o zjednywaniu sobie ludzi
- o sukcesie w sprzedaży, zarządzaniu, itp. itd

Moja biblioteczka pełna jest wszelakiej mądrości i to w większości przeczytanej i w jakimś stopniu wprowadzonej w życiu.
Dzisiaj po latach kosztowania tego wszystkiego i stosowania w życiu mam jeden wniosek:

NIE WARTO.

Rozmawiałem ostatnio z moją Żoną i zapytałem w jakim horyzoncie czasowym powinniśmy planować swoje życie. We wszystkich tych mądrych książkach uczą nas byśmy planowali maksymalnie długi okres. To da nam właściwe nastawienie oraz wytworzy w nas głód sukcesu niezbędny do realizacji zwłaszcza co ambitniejszych planów. Myślimy więc o tym, co będziemy robić na emeryturze. Z czego będziemy żyć, gdzie jeździć, z kim się spotykać. A nasze życie po prostu leci. I to bardzo szybko.
Przez ostatni czas myślałem o swoim życiu w kategoriach dzisiaj. Nie jutro,nie za miesiąc, nie za rok a już na pewno nie na emeryturze. Moje życie nabrało większego sensu i większej głębokości. Jednak dzisiaj i ten czaso okres wydaje mi się zbyt długi. Bo niby dlaczego mam się martwić tym co będzie wieczorem albo potem. Wtedy plan staje się moim życiem a nie samo życie.
Od jakiegoś czasu doceniam
TERAZ

Teraz powoduje,że zwracam baczną uwagę na to co się właśnie dzieje. Nie jest tak istotne co będzie później. Oczywiście lepiej by było dobrze, ale dbanie o TERAZ powoduje przyglądanie się temu co robię, w czym właśnie jestem i co mnie interesuje. To przyglądanie się sobie w tym co TERAZ pogłębia świadomość życia i jego piękna. Dzięki temu mogę uchwycić i skupić swoją uwagę na osobach z którymi rozmawiam. Nigdzie nie pędzę, niczego nie oczekuję. Po prostu rozmawiam. To teraz w tej chwili mnie w pełni absorbuje. Nie muszę załatwić wszystkiego naraz. Mogę delektować się z patrzenia. Oglądam trawę i widzę jak rośnie. Przez wiele lat nie zauważałem, że jest już jesień i pytałem a kiedy była wiosna? A kiedy było lato?
Mój Przyjaciel powiedział mi ostatnio, że nie lubi zgiełku na plaży i lubi jak jest mało ludzi. Nie jeździ tam gdzie są tłumy. A ja? Ja, nie byłem w stanie nawet powiedzieć co lubię, co mi odpowiada. Nie potrafiłem bo wszystko to nie było ważne. Ważne były cele i ich realizacja. Ważne było pędzenie w tym Maratonie Sprinterskim.

Świadomość obecnej chwili oraz świadomość siebie w tej chwili powoduje częstszy zapis w naszym mózgu tego co się dzieje. Życie jest o wiele barwniejsze a doświadczenia głębsze. Nie trzeba być w pośpiechu. Nie potrzeba gonić za jutrem zaniedbując TERAZ.  

To co TERAZ jest nasze, a to co z tego weźmiemy będzie tym kim będziemy jutro.

Życie składa się z chwil a o jakości życia zadecyduje to, czy potrafimy czerpać radość i zadowolenie z tego co jest właśnie TERAZ.

Gdy czytasz więc coś interesującego to po prostu czytaj.
Gdy oglądasz coś ciekawego to po prostu oglądaj.
Gdy rozmawiasz, to po prostu rozmawiaj.

Nie łącz tego. Korzystaj z przyjemnością a jeśli oglądasz a musisz porozmawiać, to przestań oglądać. A jeśli załatwiasz jedną rzecz to nie zabieraj się za następną dopóki tej nie zakończysz. Uzyskasz dużo więcej niż robiąc wszystko naraz, niczego nie doświadczając naprawdę.

I zakończę trywialnie:
Bo TERAZ jest dużo więcej warte niż potem
Dzisiaj gościnnie umieszczam ostatni zapis z bloga Michała Maj, którego adres widnieje po prawej stronie.

Michał Maj:
Dzisiejszy wpis nie spodoba się wielu osobom i pewnie zbudzi sporo kontrowersji, ale zawsze miałem ochotę go napisać. Kopie sobie nim pewnego rodzaju grób i zapewne część osób dojdzie do wniosku, że zaprzeczam sam sobie (choć tak nie jest). Niestety, trzeba się z pewnymi rzeczami zmierzyć i myślę, że każdy z nas powinien się zastanowić jaki jest tego wszystkiego sens.


W świecie rozwoju osobistego- naszej małej blogosferze są pewne fale mody na różne tematy. Co pewien czas moda ta zmienia się, a razem z nią podejście i strategia ludzi. Niestety, muszę Was zasmucić. Niewielu z nas osiągnie to co zamierza osiągnąć.

Pierwszy przypływ- prawo przyciągania

 Pierwszym przypływem mody w naszym światku rozwojowym był „Sekret” i prawo przyciągania. Przyznam się szczerze, że na tym temacie sam wpłynąłem w inne zagadnienia i  muszę powiedzieć, że wiara w „prawo przyciągania” bardzo dużo mi dała.

W pewnym momencie obudziłem się jednak i zauważyłem, że tutaj nie ma żadnych magicznych prawideł tylko moje czyny. Po prostu wierzyłem w coś tak mocno, że dostrzegałem ogromne możliwości i wykorzystywałem je. Tutaj nie ma żadnego kosmosu- są nasze działania. Potem temat „Sekretu odszedł na drugi plan i pojawiło się nowe modne zagadnienie- dochód pasywny.

Drugi przypływ- dochód pasywny

 Dochód pasywny pojawił się wraz z „Bogatym, biednym ojcem R. Kiosakiego. Znów uderzę się w pierś- też w to uwierzyłem, a książkę „Bogaty biedny ojciec” mam na półce i wciąż chętnie polecam znajomym. Dlaczego? Bo koncepcja jest piękna. Pracujesz, pracujesz, wyrabiasz sobie pewne pasywa, które potem na Ciebie zarabiają. Przykładem takiego dochodu pasywnego może być mieszkanie, które wynajmujesz, ewentualnie książka napisana i wydana, która przynosi co miesięczne przychody autorowi, bez wkładania regularnej pracy. Oczywiście, bardzo mądre tylko trudne do zrealizowania.

Mimo to, pojawiła się fala specjalistów od dochodu pasywnego, którzy zakładali strony, wkładali, tam adsense i cierpliwie czekali na swoje dochody pasywne. To, że Łukaszowi się udaje, nie znaczy, że uda się każdemu. To nie jest takie proste- trzeba włożyć ogromną pracę.

Wielu ludzi się o tym przekonało rzucając pracę na etacie i zakładając rożnego rodzaju e-biznesy. Moim zdaniem e-biznes to strasznie trudna sztuka i dużo łatwiej zarobić pieniądze w innych branżach. Trzeba mieć ogromną wiedzę oraz doświadczenie, a do tego włożyć kupę wysiłku zanim ten biznes wypali.

Trzeci przypływ- minimalizm


Potem nie wiadomo skąd pojawił się trend minimalizmu. Od razu podkreślam, że ja zgadzam się z całą ideą tej „filozofii”. Nie lubię tego konsumpcjonizmu i otaczania się  niepotrzebnymi przedmiotami. To naprawdę nie idzie w dobrą stronę. Czemu jednak uważam to za kolejną modę? Bo po raz kolejny jak grzyby po deszczu wyrosły nam blogi minimalistów, którzy ograniczyli swoje rzeczy do 100, robili listę swoich przedmiotów w łazience, kuchni itp.

Oczywiście każdy ma prawo do tego i mimo wszystko cenię tych ludzi, że włączają jakieś alternatywne myślenie, ale ja po prostu nie widzę potrzeby wyrzucania ołówka tylko dlatego, że mam dwa. Nie problem dla mnie mieć kilka długopisów, mazaków i innych przyrządów do pisania, bo wiem, że pewnego zimowego wieczoru jeden długopis się zepsuje i będę potrzebował zastępczego.

Jeszcze raz podkreślę- Doceniam minimalizm i rozumiem go jako ograniczenie swojej niepotrzebnej konsumpcji i usunięcie kultu materializmu. Nie pasuje mi po prostu ograniczenie się np. tylko do 100 rzeczy i zabawy w inne wyliczanki. Dziękuje, koniec podkreślenia.

Czwarty przypływ- niezależność i wolność całkowita


Po dochodzie pasywnym przeszła trzecia wielka moda jakim są relokacje, wolność i niezależność. Znów wielkie słowa. Zobaczcie, w każdej rewolucji i wojnie walczy się o wolność. Niezależność- coś magicznego o czym marzy każdy. Myślę, że ludzie zauważyli, że ten dochód pasywny to nie taka prosta sprawa, ale dostrzegli przy tym, że  przecież można inaczej. Wystarczy znaleźć pracę, która pozwala na pracować przez Internet, podróżować, leżeć na plaży, popijać driny z palemką, patrzeć na piękne kobiety w hawajskich spódniczkach (tudzież panie na panów), a od czasu do czasu (najlepiej 4 godziny tygodniowo) doglądać biznesu przez Internet. I znów pojawił się wysyp blogów o niezależności.

Dla mnie jakimś kosmosem są specjaliści z USA, którzy są nie tylko niezależni finansowo i od lokalizacji, ale dodatkowo od państwa! Swoje pieniądze trzymają w różnych bankach, na różnych kontynentach, budują sobie domki w różnych dziwnych miejscach i cieszą się całkowitą wolnością i niezależnością. Pytam tylko po co. Jasne, teorie spiskowe o wielkim rządzie światowym i kontroli wszystkich ludzi są ciekawe, ale ludzie- trzeba jakoś żyć. Z resztą jaka to prawdziwa niezależność? Zabraknie Internetu i niezależność takich osób kończy się. Chcesz być niezależny? Nawet jak będziesz piekł własny chleb, jadł tylko z własnego ogródka i chodził w workach uszytych własnoręcznie to nadal nie będziesz niezależny, bo na tej ziemi żyją inni ludzie. Po prostu musimy jakoś z nimi egzystować. Wiem, że to daleko idące myślenie, ale niestety, nie możemy być w 100% wolni i niezależni.

Według mnie sztuką jest zachować część niezależności dla siebie, a część przekazać otoczeniu i innym ludziom. Życie w harmonii z innymi daje wolność.


Ze skrajności w skrajność


  • Czemu o tym wszystkim piszę? Bo ludzie popadają ze skrajności w skrajność. Pojawia się bum na minimalizm- i wszyscy lecą z pełnymi pudłami na śmietnik. Nie można być fanatykiem i popadać w takie skrajności. Skrajne myślenie i wchodzenie tylko na „jedną właściwą ścieżkę” nie prowadzi do niczego dobrego.

  • Trzeba pracy. Zajebiście dużo pracy. Każda z tych teorii działa i ma sens tylko żeby przynosiła skutki trzeba na to pracować. Nie zrobisz dochodu pasywnego w jeden dzień. Ludzie to robią latami i wkładają ogrom energii, żeby to miało skutki. Wiele osób myśli, że dorobią się, kupią mieszkanie, dadzą pod wynajem i co miesiąc będą zbierali kasiorę leżąc na Kanarach. To tak nie działa i świetnie opisał to Jan Fijor w książce „jak zostałem milionerem”. Wynajmujesz mieszkanie np. studentom, po miesiącu przychodzisz a tu pół kuchni rozwalone, a na ścianie namalowany sprayem penis. Nic nie zrobisz, bo oni wyprowadzą się i remont przeprowadzić będziesz musiał na własny koszt. Oczywiście zaraz ktoś napiszę, że wystarczy dobrze sporządzona umowa, która Cię przed tym zabezpieczy, ale teraz idx z tym do sądu i spróbuj szybko wygrać sprawę. Innym przykładem może być sytuacja, która wiele razy miała miejsce w Polsce i dużo się o tym mówi.  Ttoś wynajmuje mieszkanie rodzinie, a ta nie płacąc czynszu zajmuje je i nic nie zrobisz- nie możesz ich wyrzucić na zbity pysk. Możesz odcinać prąd, gaz, a naślesz łysych panów, to jeszcze siedzieć pójdziesz. Takie prawo. Oczywiście to nie zmienia oczywiście faktu, że mieszkanie lepiej mieć, niż nie posiadać go wcale. Chodzi o to, żeby patrzeć na dwie strony medalu- nie idealistycznie i utopijnie. Nie ma rozwiązania idealnego i każdy wybór wiąże się z pewną odpowiedzialnością i obowiązkami.

  • Spójrz prawdzie w oczy

     Niestety musze to napisać, ale większość z nas- młodych, aktywnych, pełnych wspaniałych idei i planów będzie musiała zapomnieć o swoich celach, planach, marzeniach, wyląduje na etacie i popadnie w standardowe życie. Dlaczego? Bo trzeba cholernie dużo pracy i zaangażowania, aby COŚ się zrealizowało. Myślę, że trzeba być pewnego rodzaju wizjonerem, który tak mocno wierzy w swój cel, że jest w stanie poświęcić bardzo dużo, aby ją zrealizować. Co możesz zrobić?

    Zastanów się nad sobą. Oglądasz, czytasz, chłoniesz- i co z tego? Jakie masz efekty? Ile zyskałeś? Gdzie idziesz, a gdzie jesteś? I najważniejsze- Ile włożyłeś prawdziwej pracy, aby ta twoja wizja naprawdę się skrystalizowała? Łącząc te wszystkie koncepcje niektórzy próbują stworzyć dochód pasywny pracując nad tym 4 godziny w tygodniu marząc o podróżach i relaksie. Najpierw trzeba na to zapracować.

    Żeby nie było tutaj dyskusji-  życie jest piękne i mamy ogromne możliwości. Każdy z nas może niemalże wszystko, jesteśmy po to, żeby robić wielkie rzeczy. Żeby jednak do tego dochodziło nie wystarczy czytać i pozytywnie myśleć- trzeba jeszcze działać. Jak mówił jeden polityk w naszym kraju- Czyny, nie słowa. Wielkie sukcesy stojąprzed każdym z nas, ale często brakuje pracy i samozaparcia. Pamiętaj o tym.

    Zbliżam się do końca. W przypływie weny upisałem się jak głupi, a są filozofowie mądrzejsi ode mnie, którzy wszystko, to co wyżej zostało napisane zmieścili w dwóch prostych wyrazach. Radze obejrzeć i przypominać sobie codziennie.
    Jeśli ktoś dokonał rozważań przed bitwą a potem wygrał, znać, że rozważał długo. Jeśli ktoś dokonał rozważań przed bitwa a potem przegrał, znać, że rozważał krótko. Długie rozważania oznaczają wygrana, krótkie rozważania to przegrana. A do czego może doprowadzić brak rozważań w ogóle?
    Oto skąd wiem, kto wygra; wiem, kto przegra. - Sun Tzu

    Sun Tzu jako człowiek nie tylko teorii ale i wielki praktyk, zauważył rzecz trywialną ale i niezwykle głęboką. W każdej sprawie potrzebny jest czas na rozważania. Nie możemy pozwolić sobie na ciągłą walkę. Musimy bezwzględnie wygospodarować czas na rozmyślania. Jeśli nie cierpimy ciszy, wtedy nie dajemy sobie szansy na potrzebne przemyślenia ważnych spraw. Nieustannie grające radio w samochodzie i każdym miejscu gdzie się znajdujemy zabija możliwość zagłębienia się w sobie i zastanowienia nad ważnymi sprawami.
    Nieustanne przelatywanie pilotem po programach uniemożliwia wejrzeniu wgłąb spraw, które czekają na rozważenie. Często wymówką jest dla nas zmęczenie. Tak jakby bezczynne oglądanie telewizji dawało nam odpoczynek. Budzenie się w środku nocy w otoczeniu migających światełek i nieustannym dźwiękiem docierającym do naszego ucha nie jest odpoczywaniem. A sprawy do przemyślenia czekają...
    Ale życie się toczy i sprawy nie przemyślane zostają przez nas przegrywane. Potyczki z życiem źle znosimy i tracimy czas i energię na ciągłą walkę. Bo nie mamy czasu by dokładnie przemyśleć wielu dla nas ważnych spraw.
    Ostatnio doświadczyłem bardzo wyraźnie to, jak istotny jest czas na ważne sprawy. Musiałem rozstrzygnąć coś niezwykle istotnego dla swojego życia i wziąłem sobie 2 tygodnie urlopu. Podczas urlopu nie dorabiałem, nie pracowałem, nie wyjeżdżałem i nie nadrabiałem "strat" w wiadomościach w telewizji. Po prostu pracowałem na ogródku i kopałem ziemię. przewoziłem ziemię i bardzo często robiłem sobie przerwy. Siadałem wtedy na ławce i patrzyłem na liście oraz owoce. Słuchałem śpiewu ptaków i myślałem, myślałem, myślałem i myślałem. Kiedy wydawało mi się, że już wiem podważałem to do czego doszedłem i próbowałem to bronić przed nowymi argumentami. Okazywało się długo, że nie potrafię tego wybronić a moja strategia nie jest właściwa bo ma duże luki. W ciągu tego czasu 7 razy zmieniłem scenariusz działań i za każdym razem byłem przekonany, że właśnie teraz mam już ten właściwy a za każdym razem okazywało się, że tak nie jest. Średnio więc co drugi dzień całkowicie lub częściowo musiałem zweryfikować to, co uważałem za słuszne. W pewnym momencie bawiło mnie to już bardzo do tego stopnia, że byłem ciekaw czy w ogóle znajdę właściwe rozwiązanie. Nawet mnie to nie niepokoiło ale dawało satysfakcję, że coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego czego naprawdę chcę a czego nie chcę.

    Długotrwałe rozważania potrzebują naszej uwagi i naszego czasu aby wydobyć na światło dzienne właściwe i trwałe rozwiązania. Warto więc trochę zwolnić i pozwalać sobie na nic nie robienie tak aby mieć pewność co robimy.
    Ci, którzy potrafią postępować niekonwencjonalnie, są nieskończeni niczym niebo i ziemia, niewyczerpani niczym wielkie rzeki. Gdy nadchodzi ich koniec, zaczynają się znowu, jak dni i miesiące. Umierają i rodzą się na nowo, niczym cztery pory roku - Sun Tzu



    Sztuka wojenna Sun Zi[1] (chiń. 孫子兵法, pinyin Sūnzĭ Bīngfǎ) jest chińskim wojennym opracowaniem napisanym w VI wieku p.n.e. przez Sun Zi. Składa się z 13 rozdziałów, każdy z nich jest poświęcony jednemu elementowi sztuki wojennej.
    Sun Zi uznawany jest za pierwszą osobę rozróżniającą strategię i taktykę prowadzenia wojny.
    Sztuka wojenna jest jednym z najstarszych i najsławniejszych opracowań strategii i ma duży wpływ na planowanie wojenne i nie tylko. Po raz pierwszy przetłumaczona na język zachodni z chińskiego w 1782 przez francuskiego jezuitę Jean Joseph Marie Amiot.


    W taki sposób o tym wielkim strategu wojennym pisze wikipedia (wikiliks jeszcze o tym nie pisała). Mam tą książkę i wiele drogocennych wskazówek mogłem w niej znaleźć dla siebie.

    W naszej codzienności często gubi nas nieustanne powtarzanie utartych schematów działania. Te same schematy mogą dać nam tylko jeden rezultat - ten sam wynik. W kluczowych kwestiach potrzebujemy zupełnie inaczej spojrzeć na to. co do tej pory robiliśmy. Uwolnić się od swojego spojrzenia. Wymaga to od nas spokoju i wsłuchania się w to co inni do nas mówią.
    My zwykle wszystko wiemy lepiej. Jeśli nie będziemy otwarci na nowe a wręcz całkiem nowe spojrzenie, wtedy nie będziemy wstanie zmienić naszej sytuacji. Zmiany wymagają innego podejścia do zagadnienia. Upieranie się w swoim, znanym nam zdaniu, nie pomoże nam zmienić sytuacji. Nawet jeśli uzyskamy zmianę to odbędzie się to kosztem forsowania swojego zdania, bez względu na koszty. A można zrobić to inaczej. Ale jak?
    I tutaj potrzebne jest otwarcie na działania niekonwencjonalne by wyprzedzić to co znane. By wejść w obszar na którym nikogo nie było. By zmierzyć się ze sprawą w zupełnie nowy sposób.
    Ta postawa powoduje, że jesteśmy bardziej odporni na zawirowania w naszym życiu.
    Dbanie o ciepełko i wygodę znieczula i otępia. Osoby, które musiały borykać się z wielkimi przeciwnościami losu, są często liderami w swojej dziedzinie. Ciepełko eliminuje z gry, oraz wpędza w kłopoty. Każdorazowe przejście przez coś bardzo trudnego a nawet niewykonalnego, uzdalnia nas do pokonywania kolejnych trudności. Ucieczka i obrona status quo sprowadzi na nas więcej kłopotów niż porzucanie ciepła i stabilizacji.

    Przyglądanie się wciąż na nowo tym samym rzeczom i sprawom powoduje, że w naszym życiu jest więcej satysfakcji oraz powstaje wiele rzeczywistych rozwiązań, które nadają naszemu życiu więcej radości i zadowolenia.
    Człowiek nie ma przyjaciół. Przyjaciół ma tylko powodzenie - Napoleon Bonaparte
    Trudne to słowa, ale jeszcze trudniejsza rzeczywistość. Trudniejsza, jeśli nie jesteśmy na nią przygotowani. Często żyjemy przeświadczeniem, że w trudnych chwilach możemy liczyć na przyjaciół. Okazuje się jednak, że nawet ci na których tak bardzo liczyliśmy - zawodzą.
    Jeśli jest to prawdą to po co są przyjaciele i dlaczego tak są nam potrzebni?
    Na szczęście potrzebujemy bliskich ale wielokrotnie przekonujemy się, że większość z tych, których za takich uważaliśmy nimi tak naprawdę nie są. Jesteśmy szczęśliwcami, jeśli wśród naszych znajomych mamy kilku tych na których możemy liczyć.
    Co więc z lepszym życiem i co ma z nim to zdanie tytułowe?
    Przede wszystkim powinniśmy mieć świadomość, że w chwilach naszego sukcesu zaczynamy gromadzić wokół siebie coraz większą liczbę tych, którzy chcą na tym coś ugrać. Świadomość tego może nam pomóc w tym, by nie przeżywać wielu rozczarowań. Nasze rozczarowania mogą mieć olbrzymie konsekwencję na naszą otwartość na ludzi oraz prawidłowe spojrzenie. Jeśli nasze serce będzie skażone tym, że wszyscy chcą nas wykorzystać i nie warto angażować się w związki, wtedy wiele stracimy. Stracimy otwartość i szansę na nowe głębokie relacje.
    To jakiej wartości relacje możemy w danym momencie naszego życia stworzyć, w dużej mierze zależy od tego w jakiej sytuacji aktualnie jesteśmy. Jeśli nasza sytuacja budzi podziw wtedy związki będą radosne ale bez głębszej wartości. Nie będą miały okazji się sprawdzić i możemy być rozczarowani w przyszłości, kiedy nam może się nie układać, a oni zawiodą.. Jeśli natomiast nasza sytuacja obecna nie jest najciekawsza, to dla innych nie będziemy przedstawiać zbyt dużej wartości i nie będzie kolejek przed nasze oblicze. Wtedy bazujemy na dotychczasowych przyjaciołach głównie z braku laku. To my wtedy stajemy się najczęściej  łowcą nowych kontaktów.
    Zbudowanie trwałych przyjaźni jest procesem wieloletnim by nie powiedzieć pokoleniowym. Gdybyśmy przyjrzeli się tym, których obecnie uważamy za przyjaciół to prawdopodobnie okaże się, że głównie są to osoby z wczesnych lat młodości. Z podstawówki, szkoły średniej czy ze studiów. Mimo często dobrych relacji z kolegami z pracy i nawet częstemu wychodzeniu na "piwko", rzadko te relacje utrzymują się dłużej niż nasza wspólna praca. Cy warto więc porzucać rodzinę i dzieci na wieczorne wypady ze znajomymi z pracy? Czy ma sens pozbawiać rodzinę Ojca i Męża dla kilku piwek z "przyjaciółmi"? Patrząc na swoje doświadczenie wniosek nasuwa się sam. NIE WARTO. Nie warto zwłaszcza jeśli nam się powodzi w pracy bo jeszcze łatwiej można wpaść w przekonanie, iż otoczeni jesteśmy dużym gronem przyjaciół. A potem rozczarowanie może nie dawać nam na długi czas spokoju.
    Warto jednak i to bezwzględnie troszczyć się o długoletnie przyjaźnie. Potrzeba w nich wielokrotnie przebaczeń, zapominania błędów, nie wytykania wad. Te relacje warto pogłębiać dając im swój czas i obecność a najlepiej jeszcze, gdy możemy to robić wspólnie ze współmałżonkiem/ką. Takie przyjaźnie warte są wielu pieniędzy oraz zaangażowania. Dla nich warto iść niewyspanym do pracy i zawalać swoje sprawy.

    Dla przyjaciół warto tracić czas.
    Mając powodzenie nie warto wierzyć w to, że nasi nowi "przyjaciele" widzą w nas coś więcej niż powodzenie dla siebie. 
    A czynić dobrze nie ustawajmy, albowiem we właściwym czasie żąć będziemy bez znużenia - Gal. 6,9
    Aby opowiedzieć moją historię, nic lepszego nie oddaje lepiej tego co zaszło.
    Mój Tato urodził się w 1923 roku w Sopotni Małej koło Żywca. Od młodego wieku zajmował się uprawą 3 ha roli. Praca była bardzo ciężka, bo odbywała się głównie ręcznie a do tego w terenach górzystych. Skończył wg różnych zapisów w różnych dokumentach 2 lub 3 klasy szkoły powszechnej. Na tamtych terenach i w owym czasie nie dbano o wykształcenie dzieci. Dzieci i słusznie zresztą, zajmowały się pomaganiem rodzicom w ich obowiązkach.
    W 1943 roku w czasie Wielkiej Wojny Tato zesłany został na roboty przymusowe do jednego z gospodarstw rolnych na ówczesnym terenie Rzeszy. Miał wtedy 20 lat.Był zaprawiony w ciężkiej pracy więc radził sobie całkiem nieźle. O tym co robił i kim był zadecydowało w dużej mierze to co ja teraz przeżywam.
    Tato umarł w 1991 roku na wylew. Minęło właśnie 20 lat od jego śmierci.
    W 1999 roku odwiedzając jednego z moich klientów miałem możliwość przeprowadzenia niezwykłej i bardzo znaczącej dla mojego życia rozmowy.
    Zajmowałem się wtedy ubezpieczeniami. Kiedy byłem z kolejną wizytą u mojego bardzo ważnego klienta zaczepiła mnie starsza Pani pytając czy mam lub miałem coś do czynienia z osobą o imieniu i nazwisku mojego Ojca. Odpowiedziałem, że tak, to mój Ojciec. Wtedy Starsza Pani rozpłakała się. W mojej wyobraźni już pojawił się obraz Ojca, który niechybnie spłodził kobiecie dziecko. Starsza Pani po uspokojeniu zaczęła opowiadać historię swojego życia w której uczestniczył mój Ojciec.
    W czasie pobytu mojego Ojca na robotach przymusowych kilkukrotnie był prowadzony na rozstrzelanie przez Niemców. Wtedy do akcji wkraczała rodzina Starszej Pani ratując dwukrotnie Ojca przed pewną śmiercią. Ja i cała rodzina żyjemy dzięki wstawiennictwu rodziców Starszej Pani. Byli oni Ślązakami z pochodzeniem niemieckim i dzięki posiadanemu majątkowi wykupili Ojca wraz z kilkoma kompanami z aresztu. Dzięki tym interwencjom mój Ojciec dożył końca wojny.
    Po wojnie Polacy postanowili zrobić porządek z Niemcami, którzy jednak nie pozwolili się wydalić z Ziem Odzyskanych. Chociaż to nie mogli być Polacy, ponieważ Polacy są dobrzy i nigdy nikomu krzywdy by nie zrobili. A jeszcze poprzez samosąd - przenigdy. Jednak Starszej Pani zdarzyło się i jej rodzinie, że zostali aresztowani przez nowe władze ludowe i chciano zagłodzić ich na śmierć. Tato zatrudnił się do pracy, która dawała mu możliwość uratowania tych ludzi od śmierci głodowej i ryzykując życie codziennie przynosił im jedzenie do aresztu. Kilkukrotnie uratował ich przed polskim ludem, który szukając winnych wojny chciał swój gniew złagodzić zabijając rodzinę Starszej Pani.
    Słowa te mocno mną wstrząsnęły i spowodowały, że postanowiłem zbadać dogłębniej historię mojego rodu a szczególnie Taty. Każdemu polecam lekturę Akt IPN dotyczących swoich przodków bo to znakomicie systematyzuje wiedzę o nich oraz wyjaśnia niektóre nieznane nam okoliczności.
    O tym czego się dowiedziałem pisać nie będę, chociaż nie znalazłem tam niczego co by mi życie Taty podważało.
    Do czego więc nawiązuje tytuł posta?
    Dzisiaj blisko 70 lat po tych wydarzeniach zbieram owoc tego kim był mój Ojciec. Chcę tylko napisać, że rodzina Starszej Pani w tych ważnych dla mnie obecnych dniach niezwykle mi pomogła, stając się gwarantem i poręczycielem mojej wiarygodności. Zwykle nie potrzebujemy takiej pomocy ale po raz pierwszy w życiu potrzebowałem dodatkowego uwiarygodnienia i otrzymałem je również dzięki mojemu Tacie, który blisko 70 lat temu czynił dobrze a z czego ja dzisiaj zacząłem żąć bez znużenia.


    Czynić więc dobrze nie ustawajmy, bo albo my albo nasze dzieci i wnuki będą zbierać tego owoce w najważniejszych i przełomowych momentach.
    "ludzie zmieniają swoje postępowanie tylko wtedy, gdy zagrożone zostaje to, co jest dla nich naprawdę ważne" - Marshall Goldsmith "What Got You Here Won't Get You There"

    Zwykle wkładamy minimum wysiłku we wszystkim co robimy. Robimy to zgodnie z zasadami fizyki: każde ciało (atom) dąży do jak najmniejszego ruchu.

    Zdarza się, że już dawno powinniśmy zrezygnować z niektórych posunięć, pozostawić ślepe zaułki oraz wrócić na właściwy tor, jednak nie robimy tego. Dopiero w krytycznej sytuacji zaczynamy postępować racjonalnie.
    Tak jesteśmy skonstruowani, że samodzielnie nie rezygnowalibyśmy z własnych błędów a dopiero wyjątkowo niekorzystne okoliczności pomagają nam postępować racjonalnie. Czy mamy zatem denerwować się gdy nam coś długo nie wychodzi? Czy ma sens nieustanne próbowanie czegoś co jest dla nas niekorzystne?
    Przyglądanie się swojemu życiu i tego co robimy jest czasem zbyt mało efektywne. Potrzebujemy więc wstrząsów by się obudzić i zacząć MYŚLEĆ. Znajdujemy wtedy czas na to, by zobaczyć rzeczywistą sytuację. Możemy wtedy zrezygnować z utopii i tych rzeczy, za którymi gonimy a nie mają dla nas prawdziwego znaczenia.
    To co ma dla nas prawdziwe znaczenie rozumiemy dopiero w chwili ryzyka utraty. Lekceważymy to kim jesteśmy i to co mamy i dopiero groźba utraty stawia nas na baczność. Wtedy zauważamy, co jest dla nas ważne a co nie.
    W przypadku pożaru nie jesteśmy w stanie uratować wszystkiego ale warto wiedzieć co chcemy ratować. Warto więc rozważać, o co nam chodzi w życiu. Co zabrać i za co chwycić gdy ogień będzie trawił to co nasze?
    Dlatego potrzebujemy trudnych chwil, które wydają się niweczyć nasz dotychczasowy "dorobek" by na światło ukazać to, co prawdziwe, dla czego warto się trudzić.
    W ten sposób zagrożenia stają się naszymi szansami a upadek przeradza się w budowanie na trwałym gruncie.
    Ile spokoju przychodzi gdy pozornie wielkie dla nas rzeczy giną, a okazują się dla nas tylko świecidełkiem.

    Ten spokój jest najcenniejszy. Daje siłę by dalej żyć i to głębiej.